Pewnie nie powinnam brać się za takie teksty, po których ludzie spodziewają się zwykle dostojnego spokoju (takie skojarzenie wywołuje we mnie słowo „buddyzm”), kiedy jestem akurat cięta na ludzkość. I tym razem nie dlatego, że ludzie mają w nosie planetę. Tym razem dlatego, że coraz bardziej mam wrażenie, że wszyscy chcieliby, żeby wszystko im łatwo przychodziło i w ogóle jak to, że nie…

Z drugiej strony w buddyzmie jest dużo o pokorze, poświęceniu i wyzbyciu się oczekiwań. Tyle że niniejszym mam oczekiwania wobec ludzkości, że zacznie się w końcu trochę poświęcać. A to już mało buddyjskie. A pozostając jeszcze przez chwilę w temacie planety, którego daaawno nie poruszałam na blogu: bycie eko to też jest poświęcenie. I może właśnie dlatego, tak wielu ludziom tak trudno to przychodzi. No przecież mam te reklamówki, to czemu mam ich nie używać, żeby sobie zapakować do nich w sklepie torebki z przyprawami. Czemu by się nie odżywiać wciąż i wciąż dietą pudełkową? Mój pampersowy grzech też możecie sobie do tego podpiąć. Chyba bym padła ze zmęczenia, gdybym zrezygnowała z tego ułatwienia. Wstyd, ale odpuszczam sobie. Nie mam tyle mocy przerobowych. 😉

Poświęcić się na tyle, na ile mam siły

Sama też nie jestem w stanie poświęcić się wszystkiemu w stu procentach, ale jednej sprawie jestem – zapewnić mojemu dziecku wszystko, co najlepsze, co tylko będę w stanie z siebie wykrzesać w pierwszym roku jego życia. Później trochę zluzuję – na tyle, na ile pozwoli mi moje wymagające dziecko – ale na razie jego potrzeby stoją w mojej hierarchii najwyżej. Wiem, że to stoi w sprzeczności, z tym, co nie raz na blogu pisałam. Że moje potrzeby powinny być dla mnie najważniejsze, bo z pustego i Salomon nie naleje. Jednak pod tym kątem dziecko zmienia wszystko, absolutnie wszystko. Przynajmniej dla mnie.

macierzyństwo uczyniło mnie buddystką

O tych wszystkich rzeczach, które były (i wciąż jeszcze są, mój syn ma zaledwie 11 miesięcy) dla mnie poświęceniem w pierwszym roku jego życia, a które narzuciłam sobie absolutnie świadomie, napiszę Wam oddzielny tekst. Nie po to, żeby się chwalić. Po to, żeby pokazać Wam, co mi przyświecało – może kogoś tym natchnę. Ale ten tekst będzie o czym innym. Ten tekst będzie wyłącznie o pozbywaniu się oczekiwań.

Po tym przydługim – ale jakże dla mnie oczyszczającym – wstępie, przechodzę do sedna.

„Nie masz na to wpływu”

Te słowa powtarzam sobie jak mantrę prawie od samego początku. Dziecko nie chce spać? Nie mam na to wpływu, Dziecko chce spać tylko na mnie? Nie mam na to wpływu. Dziecko nie lubi wózka? Nie mam na to wpływu. Dziecko boli brzuszek i płacze nieukojonym płaczem mimo noszenia, suszarki, kropelek, termoforków i wszelkich cudów? Nie mam na to wpływu. Dziecko nie chce dziś zjeść śniadania? Nie mam na to wpływu. Dziecko jęczoli od 2 miesięcy, bo ząbkuje? Nie mam na to wpływu.

Wiecie, jak się zostaje pierwszy raz rodzicem, to się nic nie wie. Choćby nie wiem, ile książek się przeczytało, ile filmików obejrzało, to i tak się potem okazuje, że albo się nic nie pamięta, albo nic się nie sprawdza, albo się z wieloma rzeczami nie zgadzamy. Sama poszukuję informacji na rozmaite dzieckowe tematy nieustannie. A to zabawy z niemowlakiem, a to chustowanie, a to odżywianie (anemio zła, przebrzydła!), a to suplementy.

Przyjęłam sobie zasadę, że o ile jestem w stanie na jakiś ból tego maleństwa poradzić, to próbuję. Na przykład nauczyłam się porządnie chustować, skoro wózek w pewnym momencie całkowicie odpadł (teraz mamy spacerówkę i ona już jest w łaskach!). Przesiedziałam sama nie wiem ile godzin na kanapie ze śpiącym na mnie niemowlakiem. Do tej pory na różne sposoby dosypiam moje dziecko, gdy przedwcześnie obudzi się z drzemki. Te wszystkie problemy związane ze snem w dużej mierze wynikają z anemii, która była bardzo, bardzo głęboka, gdy została stwierdzona, więc wierzę, że powoli, powoli będzie ze snem u Antka coraz łatwiej. A przez to i mi będzie łatwiej.

Jednak nie zawsze mogę mu naprawdę pomóc. Nie zawsze uda mi się go dospać i będzie 3x bardziej marudny do wieczora. Bóle brzuszkowe, które wynikały ze słabego zasiedlenia bakteriami (OGROMNY minus cc :(), trzeba było przeczekać. Dawałam kropelki przeciwwzdęciowe, probiotyki, uparcie (jak osioł) karmiłam tylko piersią. Ale i tak najbardziej pomógł czas. I dużo miłości.

Nie oczekiwać od dziecka absolutnie niczego

To akurat pogląd, który miałam jeszcze przed urodzeniem Antosia. W tej sprawie absolutnie nic się nie zmieniło. Uważam, że rodzice są od tego, żeby dziecku dawać, a nie od niego brać. Jeśli coś „odda”, to dobrze, jeśli nie – trudno. Dziecko samo nie prosi się na ten świat. Jest też taki fajny cytat w temacie ochrony środowiska – nie dziedziczymy Ziemi po naszych rodzicach, my ją pożyczamy od naszych dzieci. I dlatego powinniśmy o nią dbać, dla nich. Bo Ziemia sobie poradzi bez nas, ale my bez niej nie.

Chociaż wiecie co? Ono nawet jak nie daje, to daje. Ta logika też się nadaje na jakiś buddyjski koan. 😉

macierzyństwo uczyniło mnie buddystką

Owszem, czytam sobie, co mniej więcej powinno potrafić dziecko w jego wieku. Każde źródło oczywiście podaje co innego. Gdzieniegdzie można wyczytać, że dziecko powinno siadać mając pół roku. Bzdura, większość dzieci zaczyna siadać i raczkować mając 8-10 miesięcy, ale mają czas na zaczęcie raczkowania nawet do 13 miesiąca! Ot, i tyle w sprawie oczekiwania od dziecka, że będzie chodzić, mówić itd. wtedy i wtedy. Ładnie o tym napisał Korczak:

„Kiedy dziecko powinno już chodzić i mówić? Wtedy, kiedy chodzi i mówi. Kiedy powinny się wyrzynać ząbki? Akurat wtedy, kiedy się wyrzynają. I ciemiączko wtedy powinno zarosnąć, kiedy właśnie zarasta. I niemowlę tyle godzin spać powinno, ile mu potrzeba, aby było wyspane”.

Staram się cieszyć tym, co jest teraz. Nie wymuszać na nim więcej, niż jego mózg, rączki i ciałko są w stanie zrobić. Nie czekać na kolejne umiejętności (chociaż stabilne stanie i wspinanie się by się przydało, jak dziecko jęczy w kuchni pod nogami, do kitchen helpera odliczam jak nienormalna). I to jest dla mnie strasznie, strasznie trudne.

Resztę odpuścić i po prostu być. I kochać

I to jest właśnie to. Nauczyłam się pozwalać rzeczom po prostu się dziać, a czasowi płynąć. Tak w końcu naprawdę, naprawdę nie walczę. Odpuściłam kontrolę, odpuściłam idealny porządek (lepiej dla niego – więcej bakterii dla brzuszka, mówię to zupełnie serio). Robię tyle, ile mogę zrobić dla Antka, jeśli zostaje mi energii to robię coś dla domu – i w końcu wieczorem – dla siebie. Bo to też jest cholernie istotne, założyć sobie klapki na otaczający nas bałagan i sobie np. poćwiczyć, obejrzeć serial. Odpuścić sobie. Nie kombinować non stop, jak jeszcze można by było być lepszym rodzicem.

macierzyństwo uczyniło mnie buddystką

Pewnie w jakichś kwestiach nawalam, trudno. Patrząc wstecz wiem, że nie do końca dobrze go podnosiłam, nosiłam, przewijałam czy wkładałam do fotelika, gdy był noworodkiem. Staram się to nadrobić, np. interesując się kwestią pierwszych bucików, nie zmuszając do siadania, stania czy chodzenia. Nikt z nas nie jest idealny. W moim odczuciu ważne jest, by być wystarczająco dobrym, dokształcać się i starać, ale nie biczować się, jeśli coś się zrobiło źle, albo dlatego, że coś nie wychodzi czy na coś nie mamy siły. Czy nawet za to, że czasem nam puszczą nerwy (kto nigdy nie nakrzyczał na niemowlaka niech pierwszy rzuci kamieniem – bez sensu, to dziecko i tak nic nie rozumie, ale nikt nie krzyczy na logikę ;)).

A najważniejsze, mimo różnych porażek, wyczerpania, emocjonalnego rollercoasteru – po prostu być z tym dzieckiem i je kochać. Dać mu to poczuć. Zacałować na śmierć. ;)) Bo nie da się dziecka rozpieścić miłością.

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Jak sprawić, by ktoś poczuł się gorszy w 5 sekund (tego NIE rób!)
  2. 19 rzeczy, których nauczyło mnie bycie mamą niemowlaka
  3. Droga mamo wymagającego dziecka
  4. Rodzicu, dlaczego chciałbyś mieć łatwo?
  5. Macierzyństwo to nie bajka