Kiedy wpiszecie sobie w wyszukiwarkę hasło „madka”, wyskoczy Wam definicja, z której dowiecie się, że „madka” to potocznie roszczeniowa matka, która cechuje się brakiem kultury osobistej. I tyle. Tylko czy na pewno tak to słowo funkcjonuje w przestrzeni publicznej? Nie jestem pewna.

Jakiś czas temu wpadł mi w oko artykuł o tym, że pewna linia lotnicza wprowadza możliwość wybrania miejsca z dala od niemowlaka. No i fajnie, podróżowałam w życiu z małymi dziećmi w samolocie, one rzeczywiście bardzo płaczą i to jest uciążliwe. Tak nas natura zaprogramowała, że ten płacz ma nas wkurzać, żebyśmy chcieli spełniać potrzeby dziecka. Płaczą, bo bolą je uszy, to też jasne. Ja sobie wezmę gumę albo cukierka i dam radę, bo też jestem w stanie lepiej znieść rozmaite uciążliwości, a taki dzidziuś niestety nie. Pamiętam też, że płaczące dziecko słychać przez cały samolot i nie bardzo da się przed tym uciec. Ale jeśli ktoś chce, no to fajnie i miło, że linia lotnicza daje taką możliwość.

Takie sobie miałam przyjemne myśli i otworzyłam komentarze. Ekhm.

„Madki powinny być przewożone w luku bagażowym wraz z ich dziećmi”

Wait… what?! Ja wiem, że jest wolność słowa i swoboda wypowiedzi większa niż kiedykolwiek wcześniej – internety, fora, grupy, fejsy, itd. Ale no bez jaj. Podpisujesz się swoim imieniem i nazwiskiem pod takim zdaniem? Serio?

kto to jest madka

To jest hejt, szanowni państwo. Nawet jeśli nie lubicie jakiejś grupy ludzi, „bo tak”, do czego macie prawo, to nie macie absolutnie prawa używać mowy nienawiści. Czy matka jest roszczeniowa czy cichutka jak mysz pod miotłą (ludzie są różni, macierzyństwo wcale aż tak nie zmienia człowieka), to nie jest walizka. To nie jest przedmiot. Jej dziecko to też nie jest przedmiot. Tyle się mówi o tym, by nie traktować ludzi w tak okropnie pozbawiony szacunku sposób, a ja wciąż i wciąż muszę natykać się gdzieś na takie komentarze. Oraz oczywiście tłumek rozbawionych gapiów podbijających kciuki w górę… Nie wiem, czy to nasz naród, czy to ludzkość, czy to co, ale w głowie mi się nie mieści coś takiego po prostu.

Brak empatii wobec dziecka

Nie mogłam się powstrzymać od komentarza, że te hejty to jest poza wszystkim absolutny brak empatii wobec dzieci i ich rodziców (tak, tak, niektórym w głowach się to nie mieści, ale ojciec też jest rodzicem!). A to dlatego, że (jak pisałam wcześniej) dzieciom po prostu trudno jest znieść niewygody i ból. Dużo trudniej niż dorosłym. To dlatego dzieci tak jojczą, kiedy ząbkują. My jesteśmy w stanie sobie poradzić, jakoś sobie przemówić do rozsądku, powiedzieć, że to tylko chwilka. Dzieci nie.

A rodzice? Myślicie, że jest im łatwo znieść te karcące spojrzenia współpasażerów pt. „nie umiesz poradzić sobie ze swoim dzieckiem”? Albo wręcz komentarze „o jezu, znowu ryczące dziecko”? Myślicie, że nie chcieliby, żeby ich dzieci nie płakały podczas lotu? No proszę Was. Sama nigdy nie byłam w takiej sytuacji, bo nie lecieliśmy nigdzie z Młodym, ale potrafię sobie wyobrazić, co czułabym na miejscu tych biednych skarconych rodziców.

kto to jest madka

Ci źli rodzice latający ze swoimi dziećmi!

Dowiedziałam się, że to ja nie mam empatii wobec tych dzieci. Bo to rodzice narażają je na ten ból! Ach. Gdyby ów komentator wiedział, jak często narażamy dzieci na ból. Tak naprawdę sprowadzając je na świat narażamy je na ból i cierpienie. Jeśli chcemy, żeby nauczyły się choćby wstawać, musimy pozwolić im się przewracać. Ja to widzę w ten sposób, że możemy swoim dzieciom ofiarować jak najwięcej uwagi, całe nasze serce i oszczędzić im bólu spowodowanego np. biciem, wypłakiwaniem czy innym krzywdzeniem. Ale przelot samolotem? Bez przesady.

Idąc tym tropem, nie powinniśmy byli z Mężem przez pierwsze 7 miesięcy życia naszego dziecka nigdzie jechać samochodem, bo ryczało jak dzikie w foteliku (to był histeryczny ryk, nie płacz). Nie zliczę, ile razy się zatrzymywaliśmy, żeby go utulić, podczas naszych całych 3 podróży, na które się odważyliśmy. Ale! To jakoś nikomu nie przeszkadza, o tym nikt nie dyskutuje. Bo nikt tego nie widzi. Czy zatem na pewno o empatię wobec dziecka chodzi? A może jednak to „narażanie dziecka na stres/ból” obchodzi tych malkontentów tylko wtedy, gdy im bezpośrednio przeszkadza? Trochę hipokryzja, czyż nie?

Do sedna: konflikt wartości – rodzice kontra nierodzice

No dobra, to teraz o co mi chodzi z tym konfliktem wartości. Kiedyś pisałam Wam o kole konfliktu – bardzo warto go sobie przypomnieć, wiele rozjaśnia w relacjach międzyludzkich. Na potrzeby tego tekstu wystarczy jednak takie wytłumaczenie, jakie znajdziecie poniżej.

Nikt tu nie jest gorszy ani lepszy

Po głębokim przemyśleniu sprawy stwierdzam, że po prostu rodzice i nierodzice funkcjonują na innych poziomach, z których  żaden nie jest gorszy. Daleko mi od twierdzenia, że kto nie ma dzieci, ten nie zna życia. Zna inne życie po prostu. Niemniej uważam, że to rzeczywiście jest prawda, że ludzie niemający dzieci nie mają pojęcia (no bo skąd mają mieć) np. o tym, jakim emocjonalnym rollercoasterem jest rodzicielstwo i jak głębokie jest uczucie do dziecka (no w życiu tego nie porównam do miłości do partnera czy rodzica).

Podobnie ja w życiu się nie dowiem, jak wygląda bezdzietne życie po trzydziestce. Obiektywnie rzecz biorąc obie grupy coś tracą, a coś zyskują – takie jest życie. Ba! Nawet więcej! Nawet życie pracującej mamy jest inne niż niepracującej mamy. I oczywiście w tych podgrupach też obie znajdą powód do tego, by po sobie wzajemnie jechać albo próbować udowadniać, że ich wybór jest właśnie-że-lepszy, bo czemu by nie.

kto to jest madka

Co dla mnie jest kolejnym dowodem na to, że macierzyństwo bardzo poszerza horyzonty, a przynajmniej tak było w moim przypadku. Po pierwsze, rozumiem emocje, które rządzą rodzicem (albo inaczej – znam te emocje). Poza tym, rozumiem dlaczego bezdzietnych ludzi czasami frustrują rodzice (no bo skąd masz rozumieć, że ten mały człowiek jest dla kogoś taki turboultranajważniejszy i czasami to po prostu wygląda tak, jakby rodzic był roszczeniowy). Aż w końcu – rozumiem, co zmienia rodzicielstwo.

W moim przypadku życie sprzed dziecka można oddzielić grubą krechą od życia przed dzieckiem. Ale! Chodzi wyłącznie o emocje i o styl życia. Nie zmieniło absolutnie moich poglądów polityczno-społecznych, co mi przed laty próbowano wmówić, że nastąpi. No nie. Ale to jest temat na oddzielny tekst.

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Jak sprawić, by ktoś poczuł się gorszy w 5 sekund (tego NIE rób!)
  2. 19 rzeczy, których nauczyło mnie bycie mamą niemowlaka
  3. Droga mamo wymagającego dziecka
  4. Rodzicu, dlaczego chciałbyś mieć łatwo?
  5. Macierzyństwo to nie bajka