Na początku muszę przyznać, że nie bardzo potrafię rozróżnić egoizm od egocentryzmu. Może jest tu jakiś psycholog, który mi w tym pomoże? Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że egoizm wynika z wyrachowania, a egocentryzm to raczej zaburzenie. Jednak ta różnica nie ma dla mnie tak wielkiego znaczenia, bo skutek jest ten sam, a to o skutek mi dzisiaj chodzi. Chciałabym, żebyście tu ze mną zadali sobie kilka pytań. Jak to się stało, że staliśmy się tak bezmyślni jako ludzkość? Dlaczego coraz trudniej o osoby, na które rzeczywiście można liczyć? Jak w tym świecie dążyć do jakiejkolwiek równowagi? I jak pomagać, by nie zostać wykorzystanym? Ostrzegam od razu, że w tym tekście mocno popłynęłam, więc uzbrójcie się w cierpliwość.

Wszyscy jesteśmy egoistami

Prawda jest taka, że każdy z nas jest trochę egoistą, każdy pod jakimś kątem uważa się za lepszego od innych (ze względu na urodę, wykształcenie, wiedzę, zasoby finansowe, poziom empatii itp.), oczywiście, że ja też. Świadczy o tym choćby pisanie takiego tekstu. Mało tego – jest przecież coś takiego, jak zdrowy egoizm, czyli krótko mówiąc, stawianie swoich potrzeb na pierwszym miejscu. Zgadzam się z takim podejściem do życia – zasada maseczki tlenowej jest chyba każdemu znana (jeśli nie: w samolocie najpierw zakładamy maseczkę tlenową sobie, a potem dziecku – bo jak my stracimy przytomność, to możliwe, że już nikt mu jej nie założy). Zresztą z poświęceń w moim życiu niewiele dobrego wynikło, więc osoby, dla których w tej chwili zdolna jestem się poświęcić (choć absolutnie nie poświęcać się przez cały czas), mogę zliczyć na palcach jednej ręki. I to uważam za zdrowe.

Kali kraść krowa – dobrze, Kalemu ukraść krowa – źle

Ja mam problem z ludźmi, z którymi relacje są jednostronne. Z takimi, którzy nie dają nic w zamian, nie oferują pomocy, nie słuchają, patrzą tylko na swoją wygodę, a moją mają gdzieś. A co gorsza, często mam wrażenie, że nawet tego nie zauważają (egocentryzm?). Sama nie wiem, czy bardziej boli, jeśli takie zachowanie wynika z wyrachowania, czy z bezmyślności. Mam wrażenie, że jak już się człowiek zorientuje, to z takim wyrachowanym egoistą łatwiej postąpić (z oczywistych względów). Z egocentrykiem jest trudniej, bo on nawet nie czai, ze robi źle i jak takiemu się coś powie, to on zaraz się obrazi i to wykorzystywany wyjdzie na tego złego, wpadnie w poczucie winy itd. Toksyczne, co?

No i ta wszechobecna bezmyślność tak ogólnie, to jest jakaś tragedia. Ludzie nie myślą o tym, że coś, co powiedzą lub zrobią będzie dla kogoś przykre. Nie myślą, że nie powinni używać tyle plastiku, bo ostatecznie utoniemy w tych śmieciach. Myślą za to, że mogą wszystkiego wymagać od innych (i ogólnie od świata), nie dając w zamian nic. A jak jest coś nie tak w ich życiu, to wiadomo, że to jest wina systemu/polityków/sąsiada/warunków pogodowych i kursu funta. Oczywiście, że każdy z nas ma prawo czasem odczuwać jakąś szeroko pojęta niesprawiedliwość. Na zasadzie: co ja takiego zrobiłam, że mi się nie udaje, a tamta to ma wszystko, a na to nie zapracowała. Tylko że szybko sobie człowiek uświadomi, że to może być czysty przypadek, a może jednak zapracowała, a może wcale nie ma tak dobrze, jak pokazuje na insta, a może jednak ja robię za mało i już. Wystarczy pomyśleć.

Psy zamiast dzieci – czy to już prawidłowość?

Millenialsi (znaczy moje pokolenie) coraz częściej kupują psy, zamiast mieć dzieci. To o nas ciekawie świadczy jako o pokoleniu. Boimy się odpowiedzialności, boimy się poświęceń. Ja prawdę mówiąc też oczekiwałam bardziej cukierkowego macierzyństwa, a dostałam rozpierdziel, chaos i jęczydupstwo. Wiadomo, że chciałam i nadal chciałabym, żeby było trochę łatwiej, a nawet wściekam się jak widzę te niemowlaki, co zasypiają w bujaczkach, wózkach i huśtawkach. Co nie zmienia faktu, że to jest moje dziecko, ono już jest w moim życiu i będzie w nim na zawsze, a ja, o dziwo, chcę się dla niego poświęcać. Tylko czasem jestem zmęczona. A psa też kiedyś chciałabym mieć. 😉 Ale nie o tym miało być.

jak pomagać by nie zostać wykorzystanym

Albo nawet kolejność – koniecznie muszę najpierw mieć, a potem być. Najpierw muszę mieć karierę, kredyt na mieszkanie, samochód, a dopiero potem, jeśli w ogóle, dziecko. Tamten stary spot „nie zdążyłam zostać mamą” jest fatalny, przesłanie jest fatalne, bo nie każdy chce być rodzicem i ma do tego prawo. Ja to rozumiem i nigdy tego nie będę oceniać – dlatego też wkurza mnie, gdy bezdzietni (ale i dzietni :P) oceniają mnie i moje decyzje. Rzecz w tym, że nawet jeśli chcemy mieć dziecko, to uważamy, że „naturalną” kolejnością jest najpierw mieszkanie, potem dziecko. A prawda jest taka, że to nie jest żadna naturalna kolejność. Dzieci nie potrzebują milionów monet i mieszkania na własność. Dobrze wiem, bo trochę w dzieciństwie się po różnych mieszkaniach pobujałam. Dzieci potrzebują dachu nad głową (dziadkowie, wynajmy, heloł) i obecnego, dbającego i kochającego opiekuna.

Potrzebna jest cała wioska, żeby wychować dziecko

Bardzo możliwe, że to stwierdzenie obiło się Wam o uszy, nawet jeśli z dziećmi nie macie i nie chcecie mieć nic wspólnego. Teraz nie ma żadnej wioski, chyba że ją jakoś sobie zrobimy. W dużej mierze oczywiście jest to skutek większej mobilności i, hm, asertywności niestety. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że te 2 czynniki zmiażdżyły moją wioskę. 😉 Mieszkamy 200 km od mojej i mężą rodziny (jesteśmy z tego samego miasteczka), a z częścią nie mamy kontaktu bądź jesteśmy, dla ułatwienia powiedzmy, że skłóceni. Do tego dochodzi późny (lub żaden) wiek prokreacji – mąż kuzynostwo ma liczne, a tylko jedna osoba ma dziecko, a do tego mieszka w innym kraju. Więc tak naprawdę ani babci na podorędziu, ani dzieciatych kuzynów, z którymi można by było wzajemnie sobie dzieci podrzucać, ani właściwie dzieciatych znajomych (w naszym przypadku to nawet nie jest „garstka”).

jak pomagać by nie zostać wykorzystanym

I zero wioski. Radź se sam, człowieku.

Ja wiem, że na to nie mam prawa narzekać, bo sami sobie zgotowaliśmy ten warszawski los. Piszę to głównie dlatego, żeby unaocznić Wam, dlaczego niektóre mamy na macierzyńskim robią biznesy, spotykają się z koleżankami, bez problemu mogą wyjść do lekarza, czy choćby chodzą do kosmetyczki, a inne nie. Pomijam poziom hajnidowości, bo bardzo wątpię, żeby ktokolwiek chciał usypiać moje dziecko, które zasypia tylko w chuście. 😛 Ale nawet, gdyby zasypiał sam w łóżeczku, to i tak po prostu nikogo nie ma pod ręką.

Egoizm nas wszystkich tu zaprowadził

Tak, to egoizm sprawił, że wyfrunęliśmy ze swoich wiosek. To egoizm odebrał nam wartościowe relacje. To właśnie on powoduje, że mamy tak mało dzieci. Te wszystkie stwierdzenia są prawdą, i nie są prawdą. Bo czy naprawdę egoizmem jest zatroszczenie się o swoje potrzeby? Nie, bo bez tego nie możemy się prawdziwie zatroszczyć o nikogo innego. Czy zdecydowanie się na psa zamiast dziecka albo tylko na jedno dziecko, to egoizm? Nie, bo nie każdy chce je mieć, nie każdy powinien być rodzicem, a rodzeństwo to nie zawsze błogosławieństwo.

Wiecie kiedy to wszystko staje się problemem? Kiedy zaspokajamy tylko swoje potrzeby i w nosie mamy potrzeby i prośby naszych bliskich. I właśnie dlatego te relacje stają się coraz słabsze, aż w końcu nie mamy na kogo liczyć. Albo dlatego, że nie dawaliśmy nic od siebie, albo dlatego, że dawaliśmy za dużo.

Potrzebna nam równowaga (skoro nie mamy wioski ;))

Pomiędzy egoizmem a bezinteresownością. Inaczej, jak mówi klasyk. nie będzie niczego. 😉 Kiedyś pisałam o tym, że nie można dać sobie w kaszę dmuchać. Ale też o tym, że ludziom trzeba pomagać. No to jak to w końcu jest? Jak pomagać, by nie zostać wykorzystanym? Trzeba zastosować obie „taktyk”. Ja sobie zakładam, że będę utrzymywać te zasady w równowadze, ale jednocześnie dostosowywać je do konkretnych osób. Przestałam też pomagać ludziom „na siłę”, bo widzę, że to nie ma żadnego sensu. Przestaję próbować innym sprawić radość, gdy widzę, że  Tylko dostałam za to po tyłku. Zatem, jeśli ktoś mi jojczy, to po prostu jojczę razem z nim, czasem ludzie tego potrzebują. Pomagam tylko, kiedy usłyszę wyraźną prośbę o radę czy pomoc. O ile oczywiście pozwalają mi na to moje zasoby (czasu, pieniędzy itp.), bo szacunek do siebie samego to podstawa wszelkich relacji i w ogóle wszystkiego.

jak pomagać by nie zostać wykorzystanym

Powiem Wam, że doświadczenie to naprawdę cenna rzecz. Ale własne, nie cudze – to ze swoich upadków uczymy się najlepiej. A jako że pewnie przed świętami już nic więcej tutaj nie wrzucę, to ja Wam na koniec właśnie tych upadków (i rozwagi nad nimi) życzę. 🙂 Może to dziwne, ale jestem przekonana o tym, że nic nas lepiej nie uczy życia niż przeżywanie go w całej gamie uczuć i emocji. Wesołych, zrównoważonych świąt, Kochani. :*

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Odpuść sobie ludzi, czyli nic na siłę | 52 Tygodnie Pozytywności
  2. Pozwól sobie na niewesołe emocje | 52 Tygodnie Pozytywności
  3. Jak sprawić, by ktoś poczuł się gorszy w 5 sekund (tego NIE rób!)
  4. Emocjonalne siniaki, czyli jak mądrze uczyć się na błędach
  5. Rodzicu, dlaczego chciałbyś mieć łatwo?