Wiara. To takie coś, co się ludziom od razu kojarzy z religią. Ktoś Cię pyta „wierzysz?” i odpowiadasz „tak”, mając na myśli np. boga chrześcijańskiego*. Albo „w co wierzysz? „W Boga”. Ale wierzyć można w wiele rzeczy. Gdyby ktoś zapytał mnie, czy wierzę w Boga, to miałabym problem, żeby odpowiedzieć jasno „tak” lub „nie”, co dla wielu ludzi jest bardzo dziwne. Ale są rzeczy, w które wierzę i niekoniecznie są one związane z religią, ani nawet niekoniecznie związane z czymś niewytłumaczalnym czy nielogicznym – np. w miłość czy szacunek.

*odnoszę się do naszego kręgu kulturowego, a to jest u nas najbardziej powszechne, proszę się nie czepiać o przykład 🙂

W co wierzysz?

Chciałabym zacząć ten tekst od zadania Ci kilku pytań. Odpowiedz sobie na nie w cichości serca, jak mawiał jeden z moich prowadzących na studiach (albo w komentarzu, jeśli masz ochotę – będzie mi super miło!).

  • W co wierzysz?
  • Co to dla Ciebie znaczy, że coś jest niewytłumaczalne?
  • Czy wierzysz w coś niewytłumaczalnego?

Wiara w niewytłumaczalne

Są takie rzeczy, które wymykają się logicznemu rozumowi człowieka. Ale to nie wszystko. Jak powiedział mój Małż, nielogiczne mogą być też na przykład emocje (pod kątem zdroworozsądkowym) – a przecież są jak najbardziej wytłumaczalne (pod kątem psychologicznym). Ja tu dzisiaj chcę napisać o rzeczach, na które ludzie często reagują wykpiwaniem (co jest szczególnie zabawne, gdy dana osoba sama w coś takiego wierzy – np. w ww. Boga właśnie). Wszystko zaczęło się od tego, że ktoś zapytał Mimi Ikonn, czy wierzy w życie po życiu. Ona odpowiedziała, że tak, w takim sensie, że składamy się z energii, a ta energia przecież nie zginie. Dało mi to do myślenia, bo jak napisałam wcześniej, nie jestem do końca pewna, czy ja wierzę w to, że po prostu umieramy i koniec, czy może coś się z nami dzieje później. Przy czym nie mam na myśli tylko rozważań na temat życia po życiu, ale wszystko, co w jakimś sensie jest niewytłumaczalne.

Ale w co właściwie wierzę ja?

W Karmę (w pewnym sensie) i w to, że dobro wraca, a każdy dostaje to, na co zasłużył

I nie łapcie mnie za słówka. Nie uważam, że chore na białaczkę dziecko na to zasłużyło albo że jego rodzice na to zasłużyli. Chodzi raczej o zapracowanie sobie na pewne rzeczy. Jeśli palisz papierosy, a potem dostajesz raka, to świat Ci to zrobił? Czy jeśli nie ruszasz tyłka, a potem już nie masz siły go ruszać, jesz byle co i byle jak, a potem wyniki Twoich badań są do niczego i musisz do końca życia brać leki, to czyja to jest wina? Jeśli traktujesz swoich znajomych/”przyjaciół” czy rodzinę jak gówno, a później oni odwdzięczają Ci się tym samym, to to jest takie dziwne? Czy jeśli chcesz znaleźć pracę, a siedzisz w domu i nic nie robisz, myśląc, że wymarzona praca przyjdzie do Ciebie za darmo, a ona jakoś nie przychodzi, to to wina rządu a może innych ludzi?

wiara w niewytłumaczalne

W takim sensie uważam, że każdy dostaje to, na co zasłużył. A nawet wierzę w trochę więcej. Wierzę, że jeśli będę dobrym człowiekiem, to to dobro do mnie wróci niekoniecznie od tych samych osób. Że jeśli pomogę komuś teraz i nawet ten ktoś będzie dla mnie niemiły i niewdzięczny (czego w pewnym momencie nie wytrzymam i nie uważam, że to coś złego), to później spotka mnie dobro i pomoc ze strony kogoś innego. Wiecie kto najczęściej ustępuje mi miejsca w metrze (i nie tylko)? Starsze panie. Kto wie, może to starsze panie, którym ktoś inny ustępował, może to za to, że wcześniej ja ustępowałam różnym starszym paniom? Równie dobrze mogą być to po prostu starsze panie, które nie udają, że nie pamiętają, jak to jest być w ciąży. Nie wiem, jaki jest powód, ale ja tam wolę wierzyć, że to po prostu wraca.

I jak pisałam na początku – są losowe sytuacje, które przeczą takiemu myśleniu. Niemniej widzę, że ludzie, którzy np. traktują źle innych, później kończą zgorzkniali i nieszczęśliwi (co jest całkiem logiczne). A ludzie, którzy traktują innych dobrze i dbają o swoje relacje – są szczęśliwi i pełni życia. Po prostu koło się zamyka. 🙂 Może trochę rzecz w tym, że ci drudzy nie są roszczeniowi wobec życia, świata i innych ludzi, ale do tego jeszcze wrócę.

W siłę wdzięczności i w prawo przyciągania

Nie bez powodu zaczęłam na Facebooku akcję #100dniwdzięczności. Nie wrzucam tam wdzięczności codziennie, bo prawdę mówiąc one często się u mnie powtarzają, a niektóre są zbyt intymne, by się nimi dzielić. Niemniej miałam nadzieję, że kogokolwiek to zachęci do jakiejś pozytywnej zmiany. I nawet jeśli będzie to jeden jedyny człowiek, to też super!

wiara w niewytłumaczalne

Wierzę, że im dłużej będę zwracać uwagę na pozytywne, optymistycznie nastrajające strony mojego życia, tym bardziej będzie to dla mnie naturalne i tym bardziej odporna będę na te smutne, negatywne i nieprzyjemne zdarzenia. Wierzę też, że zwracanie na nie uwagi sprawi, że przyciągnę ich do siebie więcej. To bardzo motywuje też do pilnowania, by tych rzeczy było więcej. Ok, czasem zdarzy się coś losowego i niezależnego ode mnie, za co jestem wdzięczna (i to jest super, bo wzmaga wiarę w ludzi), ale staram się też sama je tworzyć. Np. jestem ogromnie wdzięczna za to, że mam tak cudownego, wspierającego męża, który jest moim ulubionym człowiekiem na całym świecie, ale czy byłby dla mnie tak dobry, gdybym ja była wredną małpą? [Ok, czasem jestem wredną małpą i on też czasem nią jest, ale to nie stanowi reguły; taki disclaimer, żeby nie było, że jesteśmy idealni.] O to właśnie chodzi w przyciąganiu dobra.

[Załóż Dziennik Wdzięczności | 52 Tygodnie Pozytywności]

Chcę być z Wami szczera – i takie było moje założenie, odkąd zaczęłam pisać bloga – więc powiem Wam, że to nie jest tak, że mnie nic nie denerwuje, nie smuci. Rzecz w tym, że przecież nie mam bezpośredniego wpływu na innych ludzi, na to co robią. Tak, zawsze mnie wkurza, gdy ktoś stosuje mowę nienawiści, gdy widzę, że słowa tolerancja to chyba nigdy nie słyszał, albo gdy słyszę, że troska o środowisko albo o zwierzęta jest nieważna, ja sobie będę kupować tony plastiku bez zastanowienia, nie będę ich segregować, spuszczę podpaskę w kiblu i mam wywalone czy moje kosmetyki są cruelty-free bo „nie będziesz mi mówić, jak mam żyć!” Są też rzeczy, które mnie po prostu smucą i sprawiają, że będzie mi przykro (np. jak ktoś się ze mną teraz ściga o miejsce albo komentuje, że ciąża to nie choroba). Ale wiem, że jedyna osoba, którą mogę zmienić, to ja. I jedyny sposób, żeby ludzi przekonać do czegoś fajnego to dawać przykład i prowadzić dyskusje na normalne argumenty, bez ataków ad personam. Uważam, że z tym, że będę się denerwować, muszę przejść do porządku dziennego i skupić się na pozytywach mojego życia i na fajnych, mądrych ludziach, którzy w nim są. Inaczej prosta droga do rozgoryczenia życiem.

W przeznaczenie/los/jak zwał tak zwał

Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek pisałam tutaj o tym, jakim cudem jestem z moim Mężem. Jeśli pisałam i znacie tę historię, to przewińcie sobie w dół. 😉 Rzecz w tym, że większość ludzi poznaje się raczej w szkole, na studiach albo w pracy. Ewentualnie na imprezie. U nas było w ogóle inaczej. Oboje jesteśmy z jednego małego miasta, mieszkaliśmy 5 minut od siebie, uczyliśmy się nawet w jednej szkole przez trzy lata i… nigdy się tam nie poznaliśmy. Któregoś pięknego czerwcowego dnia, 10 lat temu, czekałam na swoją przyjaciółkę na schodkach pod Złotymi Tarasami w Warszawie. I nagle dosiadł się do mnie jakiś gościu. Pomyślałam sobie „o nie, zaraz będzie jakiś głupi podryw”, a tymczasem on powiedział „jesteś z Moniek, prawda?”.

wiara w niewytłumaczalne

I wtedy się okazało, że on też i że jednak mnie zauważył kiedyś w tych Mońkach. Po chwili nadeszła moja przyjaciółka i się pożegnaliśmy. Dwa miesiące później poszliśmy na tę samą imprezę (bo okazało się, że jest kolegą z klasy brata innej mojej przyjaciółki i pamiętam, że miałam dziką nadzieję, że na tę imprezę przyjdzie, tak mnie jakoś zaintrygował) i mieliśmy okazję porozmawiać (prawdę mówiąc rozmawialiśmy głównie ze sobą przez większość imprezy), po czym… rozstaliśmy się i nie widzieliśmy się przez prawie rok. Gdy nadszedł kolejny czerwiec napisałam do niego głupiego smsa (do którego treści się nie przyznaję) i jakoś tak się zeszliśmy. Jakiś czas później on powiedział mi, że wtedy, gdy po raz pierwszy do mnie zagadał, zobaczył mnie… z ostatniego piętra Złotych Tarasów przez szybę. I podszedł.

wiara w niewytłumaczalne

Dla mnie cały ten splot okoliczności plus oczywiście to, że tak dobrze się dogadujemy jest dowodem na przeznaczenie i na to, że jak się ma kogoś spotkać w życiu, to się go spotka. Czuję, że w jakimś sensie wszechświat nas ku sobie popchnął. Co z kolei prowadzi mnie do myśli, że bez sensu szukać partnera na siłę.

I ja w to przeznaczenie wierzę nie tylko pod względem związków. Wierzę też, że każdy człowiek ma konkretne zdolności i konkretne cechy, których unikalne połączenie, doprowadzi go do pewnych miejsc w życiu – do jakiejś pracy na przykład. Albo do tego czy założy rodzinę czy nie, będzie podróżował, czy nie itd. Dlatego mierzi mnie to, że ludzie wszystkich chcą mierzyć swoją miarą – bezdzietne kobiety oceniają te mające kilkoro dzieci i na odwrót, pracujące oceniają te niepracujące (i na odwrót), religijni ludzie tych niereligijnych itd. Niech każdy żyje jak chce i ma takie życie, w jakim się spełnia i odnajduje. Nic nam do tego.

W moc sprawczą człowieka

O tym wspominałam już nieco w poprzednich podpunktach. I to jest też to, do czego natchnęła mnie rozmowa z mężem. Bo on jest bardzo logiczny i raczej nie wierzy w takie szmery bajery jak ja. Powiedział mi, że wierzy w tę moją Karmę i przyciąganie właśnie pod takim kątem: jeśli wierzysz w osiągnięcie jakiegoś swojego celu, to nie kończy się na tej wierze. Robisz różne rzeczy, które Cię do tego celu prowadzą, bo tak bardzo chcesz go osiągnąć, a jednocześnie wiara Cię napędza. Nie zostajesz przy myśleniu. I to jest właśnie dla mnie ta moc sprawcza, czyli akurat jak najbardziej wytłumaczalny aspekt (czy wręcz racjonalne wyjaśnienie) siły przyciągania.

wiara w niewytłumaczalne

Co więcej, należałoby tu też napisać, że myślenie, że „mój głos się nie liczy” czy też „moje działanie jako jednostki nic nie zmieni” jest bez sensu. Twoje myślenie, Twój głos i Twoje działania zmienią mnóstwo! A to dlatego, że istnieje wiele takich głosów, jak Ty, które myślą, że niczego nie mogą same zdziałać. Same może rzeczywiście niewiele, ale jeśli się zrzeszą? Jeśli się odnajdą i zrobią coś razem? Jeśli kogoś natchną do działania, a ta osoba natchnie kogoś innego? To może zadziałać jak kula śnieżna. Każdy z nas jest tylko jednostką, dlaczego akurat Twoje działanie miałoby nic nie zmienić?

Konkluzja?

Siedzę teraz jak cielę i myślę, czy ten tekst ma jakąś konkluzję i czy jej potrzebuje. Nie chodziło w nim o to, żeby kogoś zmusić do myślenia takiego jak ja. Może ewentualnie zmusić do myślenia w ogólności. 🙂 Ja zazwyczaj też jestem mocno logiczna, ale w wymienione wyżej rzeczy mocno wierzę. Czy to są rzeczy, które są uniwersalnie dobre? Nie wiem. Wiem, że są dobre dla mnie i widzę, że na wielu ludzi pozytywne (i trochę magiczne) myślenia ma dobry wpływ i na odwrót – pesymizm nakręca dalszy pesymizm, a gdy ktoś zamyka się w swoim malkontenctwie, nie robi niczego, by coś zmienić, bo przecież świat jest przeciwko niemu i nic nie można z tym zrobić. Myślenie i nastawienie to wybory, ja wybieram tę jasną stronę i mocno wierzę, że to mi w życiu pomaga (i jeszcze pomoże).

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

    1. 26 rzeczy, za które jestem wdzięczna w 26 urodziny
    2. Załóż Dziennik Wdzięczności | 52 Tygodnie Pozytywności
    3. Narzekanie jest… łatwe. A może można inaczej?
    4. Pokonać prokrastynację: tablica i list do siebie