jak walczyć o swoje

Dzisiaj będzie krótko i na temat. 🙂 Ostatnio na Instagramie podzieliłam się z Wami zdjęciem z Serocka z krótką adnotacją, że Serock jak najbardziej polecam, ale rejsu statkiem ZTM-u w ogóle nie. Co się właściwie stało?

Pomijając sytuację, która mnie spotkała – ten rejs po prostu jest nudny. Ja akurat jestem z tych, co to podziwiać przyrodę właśnie że lubią. Rzecz w tym, że bardzo długo płynie się tam Kanałem Żerańskim, gdzie widok właściwie się nie zmienia. Przez 2 godziny te same drzewa, ta sama roślinność, panowie rybacy i co jakiś czas kaczki.  Ale niech będzie – wsiedliśmy, więc próbujemy się tym cieszyć. Niestety tak się złożyło, że bolała mnie głowa, a grupa kobiet, która za nami siedziała była… dość głośno (to jest naprawdę eufemizm). Po ponad 3 godzinach dopływamy do Serocka, gdzie dostajemy 2 h czasu na pobyt tam. Cuda zaczęły się dziać po powrocie na statek.

Ale na wycieczkach autokarowych tak jest!

jak walczyć o swoje

Usiedliśmy sobie gdziekolwiek, ponieważ bilety nie są sprzedawane na miejsca numerowane. Specjalnie przyszliśmy te 15 minut wcześniej na statek, żeby usiąść obok siebie bez problemu. Po chwili słyszymy awanturę – 2 starsze kobiety napadły na 2 inne starsze kobiety, że usiadły na „ich” miejscach. Te napadnięte grzecznie wytłumaczyły, że to nie są miejsca numerowane, a te napadające wytoczyły ciężkie działa w postaci argumentów „bo na wycieczkach autokarowych tak się robi”. Ja tam trochę chichotałam, bo nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje, ale po chwili przestało mi być wesoło, bo przyszła grupa ludzi z Panem Kogucikiem na czele i ów Pan Kogucik poinformował nas, że mamy zejść z „ich” miejsc i wrócić na „swoje”.

My my wtedy grzecznie wytłumaczyliśmy, to samo – nie ma miejsc numerowanych. A wtedy Pan Kogucik poinformował nas, że on to uzgodnił z kapitanem! Obejrzeliśmy się za siebie, gdzie były „nasze” miejsca, żeby sprawdzić,  czy dla świętego spokoju możemy im ustąpić, ale niestety nie i nastąpiła taka wymiana zdań:

– Miejsca, na których siedzieliśmy są zajęte, więc nie możemy Wam ustąpić.
– Mnie to nie obchodzi! Ja wam nie będę załatwiał! Ja tu przyjechałem z grupą znajomych i z grupą znajomych będę wracał!
Tu przyszedł Szanowny Kapitan i poinformował nas, że mamy zejść, a Olek wstał, żeby zapytać tamtych ludzi, czy się przesiądą – dowiedział się, że nie i zrozumiał, bo przecież to samo myśleliśmy. Wówczas towarzyszka Pana Kogucika wskazała mu miejsce obok mnie i powiedziała:
– Siadaj tutaj, kochanie.
Więc usiadł. A wtedy ja przelazłam im po nogach, wściekła i krzyczę do tego kapitana:
– I co, teraz nam Pan załatwi miejsca?!
– Nic wam nie będę załatwiał!
– Chyba pan żartuje?!
– To jest Polska!
Aha.

I w związku z tym, że żyję w Polsce muszę godzić się na takie traktowanie? Muszę godzić się na to, że mój kraj jest miejscem, w którym istniejące zasady się łamie, a takie, których nie ma, tworzy się jak komu wygodnie? Nie, nie muszę. Całą sprawę załatwiłam dosyć demonstracyjnie, bo w końcu usiadłam na podłogę i – niestety – rozpłakałam się z bezsilności. Płacz był absolutnie niezamierzony i natychmiast założyłam okulary przeciwsłoneczne na nos, ale w sumie, wiecie co? Mam to gdzieś, że nie wypada płakać publicznie, że ktoś może pomyśleć, że robię to na pokaz. Myślę, że to była dobra nauka dla tego chłopaka, który nas wyprosił z miejsc, ale też dobra nauka dla mnie.

Możesz, jeżeli myślisz, że możesz

jak walczyć o swoje

Dzięki tej całej sytuacji dowiedziałam się o sobie bardzo ważnej rzeczy – najwyraźniej jednak jestem w stanie podnieść głos na kogoś w obecności stu innych osób. Żeby było jasne – nie uważam krzyku za dobrą metodę rozwiązywania problemów. Jednak, gdy ktoś nie chce Cię słuchać, to masz dwie opcje – poddać się i z opuszczoną głową odejść albo pokazać, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać. Zwykle dokonywałam wyboru pierwszego. Tym razem, gdy emocje opadły, przyszła duma, że jestem w stanie stać przed swoim oponentem, patrzeć mu bez strachu w oczy i powiedzieć, co myślę.

I wcale nie dałam spokoju – napisałam post na swoim profilu na Facebooku, napisałam go również na profilu ZTM, gdzie otrzymałam informację, że oczywiście taka sytuacja nie powinna się wydarzyć – bo miejsca są nienumerowane. No, dzień dobry. Napisałam więc również oficjalną skargę. I wiecie co? Takie rzeczy trzeba robić, bo mamy prawo walczyć o traktowanie z szacunkiem, a dając przykład innym, zachęcamy ich do tego, żeby sami o swoje prawa walczyli. Między innymi dlatego piszę dziś ten tekst. Ostatnio skutecznie udało nam się wywalczyć zwrot części kosztów zakwaterowania w hotelu – o tej sytuacji pisałam we wpisie o Berlinie, zajrzyjcie, jeśli macie ochotę. Dziś jednak nie wysłałabym reklamacji dopiero po powrocie do domu. Poszłabym do recepcji, żądałabym menadżera i próbowałabym skuteczniej załatwić sprawę już na miejscu.

Zadanie #29 Zawalcz o swoje

jak walczyć o swoje

Dlatego moje zadanie na ten tydzień jest właśnie takie. Jeżeli do tej pory podchodziłeś/podchodziłaś do takich sytuacji, jak ja jeszcze niedawno, czyli odchodziłaś/odchodziłeś ze spuszczonym ogonem i dawałeś/dawałaś za wygraną… nie rób tego. Możliwe, że każdy z nas potrzebuje jakiejś przełomowej sytuacji – takiej jak ta moja serockowa – ale chociaż spróbuj. Nie daj sobie w kaszę dmuchać. Po prostu oczekuj traktowania z szacunkiem – szczególnie, jeśli jesteś klientem. Nie chodzi mi tu o zasadę „klient nasz pan” i że pracownik ma przede mną klękać, tylko o to, że jeśli jako klientowi przysługują mi pewne oczywiste rzeczy – typu ciepła woda w hotelu albo miejsce, na którym sobie usiadłam, które nie było w żaden sposób zajęte – to powinnam je dostać. A jeśli nie dostanę – powinnam dostać za to rekompensatę. I będę o to walczyć.

A Was spotkała tego typu sytuacja? Jak sobie z nią poradziliście? A może też macie tego typu moment przełomowy? Dzielcie się koniecznie! <3

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Ostatnie teksty z tego cyklu:

  1. Rób to, co kochasz
  2. Zorganizuj się!
  3. Jedz pozytywnie
  4. Odpuść sobie ludzi, czyli nic na siłę

Pozostałe znajdziesz w zakładce: 52 Tygodnie Pozytywności