ulubieńcy kwietnia

Wiara w lepsze jutro działa cuda. Pamiętacie, jak pisałam Wam, że marzec był po prostu okropny i musiałam się postarać, żeby znaleźć w nim coś dobrego? Kwiecień postanowił mi to wszystko wynagrodzić po stokroć. W końcu nadeszła piękna pogoda – te słowa piszę siedząc w moim rodzinnym domu, na zewnątrz śpiewają ptaki, temperatura w słońcu sięga 30 stopni, a ja mogę raz jeszcze rozkoszować się kwitnącymi drzewami owocowymi, magnoliami i dopiero rozkwitającymi bzami, bo tutaj wszystko rozwija się nieco później niż w Warszawie.

Pierwszym moim ulubieńcem, który chciałam Wam już zaprezentować, miał być newsletter (który jest jednym z moich tegorocznych celów) i prezent, który chciałabym do niego dołączyć. Prezent już jest właściwie gotowy, gorzej z newsletterem. Prawdę mówiąc, trochę wpadłam w „sidła” majówki i jedyna praca, o której myślę to ta w ogrodzie, ale nie zamierzam się za to karać. 🙂 Trzeba dawać sobie odpocząć. Po powrocie do Warszawy biorę się do roboty i z całą pewnością niedługo już będę mogła Was tym uraczyć. A o czym mogę Wam już opowiedzieć?

Ulubieńcy lutego

Kulturka

Rzym

Co prawda nie wywołał we mnie zachwytu, ale podejrzewam, że to dlatego, że miałam zbyt wielkie oczekiwania. Wydaje mi się też, że ludzie po prostu dzielą się na tych, którzy kochają takie miasta jak Londyn i takich, którzy rozpływają się z zachwytu nad Rzymem. W moim odczuciu tego nie da się pogodzić, ale wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli się mylę. I to też nie jest do końca tak, że mi się nie podoba południowa Europa. W Barcelonie byłam i rozpływałam się w zachwytach (mimo nastawienia, że powinna mnie powalić na kolana, a takie przecież miałam i w przypadku Rzymu). W Rzymie zachwyciły mnie na pewno starożytne ruiny czy sztuka użytkowa, którą mogliśmy podziwiać w Muzeach Kapitolińskim i Watykańskim. W ogóle Muzeum Watykańskie baaardzo polecam ze względu na całą masę właśnie tych „pogańskich” zbiorów.

ulubieńcy kwietnia

Mogę Wam powiedzieć jedno – na pewno nie żałuję, bo zawsze chciałam te wszystkie cuda zobaczyć na żywo. I pojechałabym jeszcze kiedyś do Włoch, ale już w jakieś inne miejsce. 🙂 Wenecja i Positano kuszą mnie niezmiernie.

Więcej o tym wyjeździe i o tym, jak go praktycznie zaplanować możecie sobie przeczytać tutaj.

Kandyd w teatrze Ateneum

Na początku ten spektakl wydał mi się trochę dziwny, może nawet pretensjonalny. Podejrzewam, że to dlatego, że dawno nie byłam na tak bardzo rozrywkowej sztuce. Po jakimś czasie całkiem się wczułam i zaczęłam sporo chichotać. 🙂 Uważam, że był całkiem dobry, choć może nieco zbyt wiele było podane na tacy (bo ja wolę jednak chyba trochę wysilić mózgownicę w teatrze). Warto zobaczyć choćby dla tych pstryczków w nos dla obecnej władzy. [Nie będę się chować ze swoimi poglądami politycznymi, chociaż tu właściwie nie o poglądy polityczne chodzi, ale o nadużywanie władzy i włażenie z buciorami do prywatnych spraw ludzi]. Mistrzostwem teatru Ateneum pozostaje dla mnie Kolacja dla głupca i jeśli będziecie mieli okazję ją obejrzeć, to koniecznie! A później może być Kandyd. 🙂

Potęga Kiedy

Lubię książki poszerzające perspektywę. Ta do nich należy. W tym miesiącu przeczytałam z tej „kategorii” też Mądrzej, szybciej, lepiej i też bardzo polecam. Z obu wiedzę można zastosować w praktyce, niemniej z Potęgi Kiedy można wynieść wiedzę absolutnie bezcenną. Na przykład taką, że wcale nie każdy musi wcześnie wstawać. Na początku książki dostajemy test, który można również rozwiązać w internecie, który ma rozstrzygnąć o tym, którym chronotypem jesteśmy. Ja na przykład jestem niedźwiedziem, jak większość społeczeństwa, więc lubię wstawać i chodzić spać w takich standardowych porach (7 i 23), co okazało się dla mnie strzałem w 10.

ulubieńcy kwietnia

Ale to nie jest wszystko. Dowiedziałam się, kiedy najlepiej pić kawę, jeść, drzemać (i że w ogóle warto, żebym zaczęła), kiedy pracować analitycznie, a kiedy kreatywnie, kiedy ćwiczyć jogę, a nawet… kłócić się z partnerem (kiedy oboje jesteśmy najbardziej skłonni do ustępstw). Staram się po trochę zaimplementować te wszystkie zalecenia do mojego życia (choć już wcześniej część robiłam jakoś intuicyjnie) i wydaje mi się, że to naprawdę mi służy!

Wymiana Książkowa

Zawsze korciło mnie, żeby wziąć w niej udział, ale nigdy jakoś się nie składało, bo albo byłam za daleko od moich książek, albo byłam zawalona czymś innym, albo nie byłam gotowa z nimi się rozstać. 😉 Piszę te słowa z domu, w którym wszystkie półki zawalone są książkami, więc ta niechęć do rozstawania się ze swoimi nie wzięła mi się znikąd. Ale! Od jakiegoś czasu próbuję (z całkiem niezłym skutkiem) pozbywać się nadmiaru rzeczy i nie kupować nowych. Sprzedaż, wymiana i oddawanie innym, to najlepsze formy rozstawania się ze swoimi rzeczami (chociaż ostatnio w końcu wyrzuciłam do kontenera buty, których nikt nie chciał).

ulubieńcy kwietnia

Książki raczej wypożyczam, niekiedy czekając miesiącami na upragniony łup, ale pomyślałam, że taka Wymiana, to może być niezła zabawa. Zdobyłam 4 książki, po których wiele się spodziewam, ale jeszcze ich nie czytałam, bo „walczę” z tymi z biblioteki (a to zawsze jest takie trochę czytanie na czas) i miałam przyjemność poznać Kamilę z bloga Ugotowane Pozamiatane (przepisy z jej bloga są bardzo zachęcające, warto zajrzeć). Obserwujcie organizatorki Wymiany – Dagę i Magdę, a nie przegapicie kolejnej wymiany, jeśli macie ochotę wziąć udział. 🙂 Ja polecam!

Natura

Kampinos

Do Kampinosu wybraliśmy się tydzień temu ze znajomymi i ich piesełką <3 Znajomych od razu serdecznie pozdrawiam, bo to moi najwierniejsi Czytelnicy i zawsze podbudowują moją wiarę w moje blogerskie ja i że to wszystko, co tu robię, ma w ogóle ręce i nogi. 🙂 Poza tym ogólnie są super, żeby nie było, że po prostu jestem łasa na komplementy! Piesełka z kolei nazywa się Dżina i jest po prostu kochana. Coś jest w psach, które adoptuje się ze schroniska, co mnie zachwyca. Wiem, że te rasowe, kupione, też kochają w swoich właścicieli i część rasowych jest też zdecydowanie piękna, ale w moim rankingu przegrywają z tymi schroniskowymi w przedbiegach. 🙂

ulubieńcy kwietnia

A jeśli chodzi o Kampinos, to połaziliśmy tam trochę, ale miałam spory niedosyt. Zwłaszcza, że początkowo wybraliśmy jakąś prostą ścieżkę i to był błąd, bo dopiero na tej trudniejszej było naprawdę pięknie. Jeśli mieszkacie w Warszawie i możecie się przejechać samochodem albo rowerem, to zdecydowanie polecam tak sobie poobcować z naturą. Wiem, że są parki, lasy i rzeka w samym mieście, niemniej to naprawdę nie jest to samo.

Wiosna w rozkwicie

Jak pisałam na początku, mam tę przyjemność przeżywania tego rozkwitu dwukrotnie w tym samym roku. Wcześniej, w Warszawie, tuż po powrocie z Włoch (a mieszkamy na Żoliborzu, gdzie jest ogromne zagęszczenie takich drzewek) i teraz, na Podlasiu, gdzie wiosna przychodzi później. Trochę Was tym pospamowałam na InstaStories, ale kto nie lubi patrzeć na piękne kwiaty? W tym roku jakoś szczególnie urzekają mnie magnolie na tle ultrabłękitnego nieba, ale bzy też dają radę. 🙂 To chyba kolejna rzecz, którą coraz bardziej doceniam z wiekiem. Kiedyś tylko czekałam na lato, a teraz zachwycam się tym czasem, gdy wszystko budzi się do życia. Chociaż właściwie jesienią też się zachwycam (listopada ciągle nie lubię) i zimą, gdy pada śnieg, też. Nie lubię tego narzekania na upały („kiedy już będzie zimno”) i mrozy („kiedy już będzie ciepło”), bo później zimowi narzekacze narzekają na upały, a upalni na mrozy. Po co narzekać, jeśli to wszystko jest po prostu nieuniknione? Taki jest cykl przyrody, więc najlepiej korzystać z filozofii mindfulnessu i cieszyć się tym, co jest tu i teraz.

ulubieńcy kwietnia

Żyćko

Pan z Biedronki

Na początku kwietnia pocałowałam klamkę w „swojej” Biedronce, bo akurat trwał tam remont. Niepocieszona poszłam więc do dalszej, bo koniecznie chciałam w tym sklepie wtedy zrobić zakupy. I ta wyprawa do dalszej Biedronki potwierdza całkowicie myśl, którą cenię – nie wolno się poddawać, bo właśnie wtedy, gdy chcesz się poddać, ale jednak przetrwasz, dzieje się magia. Dochodząc do sedna – w kasie, zamiast tradycyjnej marudnego kasjera, siedział sobie pan, który wszystkim kazał się uśmiechać.

Co prawda, zdarzali się ludzie, którzy mówili „a z czego tu się cieszyć”, ale cóż – cała masa ludzi jest taka i tego się nie zmieni w jeden dzień. Mnie nie musiał przekonywać, szczerzyłam się do niego, odkąd tylko usłyszałam, że tak wszystkich zabawiał i dostałam w nagrodę komplement, że na taki uśmiech właśnie pan dzisiaj czekał. <3 Jak ja lubię miłych ludzi! Im starsza jestem, tym bardziej doceniam uprzejmość i serdeczność i przedkładam je nad inteligencję czy szeroką wiedzę na przykład.

Blender

Miałam wcześniej (i oczywiście ciągle mam) robota kuchennego, którego częścią jest blender kielichowy, ale on radzi sobie dobrze tylko z dosyć miękkimi składnikami i dużą ilością płynu, więc nadaje się głównie do koktajli, zup-kremów, majonezu i mleka kokosowego (albo jaglanego czy owsianego). A mi się marzyły wegepasty z fasoli, hummusy, pasztety z soczewicy, masła orzechowe, lody z bananów, budynie jaglane… W końcu kupiliśmy blender ręczny (+ rozdrabniacz) nieznanej nam firmy bodajże Blaupunkt o mocy 1000 W. Najpierw naczytałam się jaka moc sobie poradzi z tymi cudami, a później – odkładając marzenia o VItamiksie na przyszłość – zaczęłam szukać czegoś na naszą kieszeń. Jak do tej pory blender sprawdził się przy wegekotletach, hummusie, paście z fasoli i budyniu jaglanym. Nie jestem pewna, czy poradzi sobie z orzechami, ale jestem dobrej myśli. 😀 Mocną opinię będę mogła sobie wyrobić dopiero za jakiś czas.

P.S. To nie jest reklama. 🙂 Co nie zmienia faktu, że nie miałabym nic przeciwko reklamowaniu dobrych produktów, które mogę z czystym sumieniem polecić – i mam nadzieję, że i Wy byście nie mieli. 🙂

Urosły mi paznokcie!

Podejrzewam, że pierwsza Wasza myśl, to będzie posądzenie mnie o próżność, ale ja przede wszystkim uważam, że nie ma nic próżnego w dbałości o swój wygląd, a poza tym u mnie to po prostu jest nie lada wyczyn! Przez całą zimę paznokcie łamią mi się jak szalone, a na wiosnę nagle zaczynają rosnąć. Z całą pewnością jest to brak witamin, bo jak się chce jeść sezonowo, to siłą rzeczy, zimą tych witamin będzie nieco mniej. Dlatego po prostu cieszę się, że się nie łamią, bo to znaczy także, że ogólnie jestem zdrowsza, a to jest fajne uczucie i już.

Teksty

Tym razem tylko dwa, ale dobre jak nie wiem!

Pozwólmy kobietom nie być matkami | Mynio

Historia moich kompleksów | Aleksandra Pakuła

YouTube




A co dobrego zdarzyło się Wam w tym miesiącu?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Ulubieńcy z wcześniejszych miesięcy:

  1. Ulubione w marcu, czyli nie ma tego złego…
  2. Ulubione w lutym
  3. Ulubione w styczniu
  4. Ulubione w grudniu
  5. Ulubione w listopadzie
  6. Ulubione w październiku