ulubieńcy marca

Już w kilku różnych miejscach pisałam Wam, że marzec był najgorszym miesiącem mojego życia. Nie że jakoś w ostatnim czasie, czy coś. Nie. Po prostu przebił wszystko. Najgorsze było spotkanie z osobą, którą niestety od czasu do czasu muszę spotykać, a która potrafi zawsze trafić w miękkie. Nie wiem, jak ona to robi, ale tak jakby zawsze wyczuwała, gdzie mnie najbardziej zaboli i strzelała mi tam z procy. Między innymi dlatego, że tak łatwo mnie przejrzeć, postanowiłam uczynić asertywność słowem kluczowym mojego 2018 roku.

Z niektórych spraw ciągle próbujemy się jakoś wykaraskać, bo ciągną się i ciągną, ale dochodzę do wniosku, że takie po prostu jest życie. Dopóki jednak nie skrzeczą mi nad głową jakieś negatywne, toksyczne osoby, radzę sobie całkiem dobrze i po prostu robię swoje. W międzyczasie coś dobrego zawsze się przydarzy. Co więcej, te dobre rzeczy można po prostu zaplanować. Najważniejsze to nie mieć wobec swojego życia jakichś wielkich wymagań. Albo inaczej: wymagania można i warto mieć wobec siebie, natomiast nie od innych, od losu itd. Nic Ci się nie należy, ani mi. Możemy tylko zapracować na to, co chcemy otrzymać.

Dla zdrowia psychicznego (zakładając, że nie mamy z nim większych problemów) potrzebne nam są następujące rzeczy: wiara w to, że będzie dobrze, dostrzeganie dobra i szukanie radości w małych rzeczach oraz opanowanie sztuki olewania i asertywności.

Oprócz błękitnego nieba…

Materialnie człowiekowi nie potrzeba wiele do szczęścia – bogactwo czy władza to są bardzo ulotne wartości. Pieniądze są nam niezbędne, ale zadłużanie się, żeby zaimponować innym i życie ponad stan albo zarabianie kokosów kosztem życia prywatnego czy zdrowia, już wcale takie dobre nie są. Dlatego pod tym i każdym innym względem, przydałoby się nam wszystkim trochę umiarkowania i właśnie umiejętność docenienia tego, co już się ma. Tego trochę nauczył mnie ten marzec. Mam wrażenie, że żadne bogactwa nie uchroniłyby mnie przed tym wszystkim, co się wtedy działo.

Mówi się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zgadzam się, jeśli chodzi o lekcje, które z tego możemy wynieść. Jednak nie ma co się oszukiwać i ukrywać przed swoimi własnymi uczuciami. Jeśli człowiek naprawdę czuje, że jest źle i nie potrafi sobie w żaden sposób, żadnymi znanymi sobie sposobami poradzić, to warto przed sobą samym przyznać, że po prostu jest źle i pozwolić tym łzom spłynąć. One i tak, prędzej czy później znajdą ujście. Ja zawsze wierzę w to, że jeszcze będzie pięknie. 🙂 Tymczasem pokażę Wam, co dobrego spotkało mnie – spontanicznie lub planowanie – w marcu.

Ulubieńcy marca

Pierwsze kwiatki

Takie całkiem pierwsze zdążyłam zobaczyć na pierwszym wiosennym spacerze – 11 marca – gdy pogoda zrobiła się całkiem ładna, zanim zdążyła na powrót zamienić się w zimę. 😉

ulubieńcy marca

Takie już zwiastujące najprawdziwszą wiosnę, która w Warszawie szaleńczo wybuchła wczoraj, dopadłam w Gdańsku przy plaży w Brzeźnie. <3 Jeśli takie słoneczne kwiatki nie poprawiają humoru, to ja już nie wiem, co poprawia. 🙂

ulubieńcy marca

Książki

Ania z Avonlea, L. M. Montgomery

ulubieńcy marca

Powrót do Ani okazał się zaskakująco przyjemny. Dorosłymi oczami już trochę inaczej patrzy się na tę postać, ale też na inne postaci. Wróciłam do niej po obejrzeniu pierwszego sezonu serialu – świetnego zresztą – Ania, nie Anna. O ile to, co działo się w pierwszej części Ani znam na pamięć, to do kolejnych tomów jakoś nigdy nie wracałam, więc postanowiłam sobie wszystko przypomnieć, żeby w razie czego mieć porównanie. 🙂

Jak zostać mistrzem, R. Greene

Nie wiem właściwie jak zaklasyfikować tę książkę. To nie jest poradnik. To raczej książka, która pozwala wejść w głowę różnych mistrzów, m. in. Franklina i Mozarta, ale także tych bliższych nam czasowo, i zauważyć pewne prawidłowości w ich życiu. Na podstawie życiorysów tychże osób, autor stworzył podpowiedzi – co można zrobić, by naprawdę zostać mistrzem w swoim fachu, jakie są możliwości. Co powinno cechować mistrza? Systematyczność, wytrwałość, podejmowanie ryzyka, nieschematyczne myślenie, ale także pokora. Nikt nie jest mistrzem od początku. Tylko ciężka praca i ciągłe doskonalenie się może mistrza uczynić. 🙂 Bardzo, bardzo wartościowa książka i chyba będzie u mnie na wymianie książkowej. 🙂

Filmy i seriale

Wszystkie odloty Chayenne’a

Już dawno polowałam na ten film. Moją przygodę z Paolo Sorrentino zaczęłam od Wielkiego Piękna i przepadłam. Ten film też bardzo Wam polecam. Sorrentino trafia w moją wrażliwość jak żaden reżyser. Zdegradował i Almodovara, i Wesa Andersona. Może dlatego, że jego filmy są bardzo gadane, bardzo emocjonalne, refleksyjne. Je się po prostu smakuje. Chayenne’a również oglądałam w oczarowaniu. Do tego wszystkiego dochodzi przepiękna Irlandia, genialny Sean Penn i wspaniała Frances McDormand, która niedawno dała czadu w Trzech billboardach…, które z kolei polecałam miesiąc temu. Z czystym sumieniem polecam, a sama zamierzam w dalszym ciągu odkrywać twórczość Paolo Sorrentino.

Opowieść podręcznej

Jedna z najlepszych rzeczy, jaką możecie znaleźć na Showmaksie. Uważam, że jest to serial przede wszystkim dla kobiet, ale tylko dlatego, że mój Mąż po prostu wymiękł po pierwszym odcinku. Uznał, że wizja przedstawiona w nim jest najbardziej przerażającą wizją przyszłości, jaką kiedykolwiek widział (a jest fanem sci-fi, więc trochę tego widział) i ja się z nim zgadzam. Przede wszystkim jest obrzydliwa i uwłaczająca (a najgorsza jest chyba scena rytuału). Jednak uważam, że takie rzeczy też warto oglądać. Nie wiem, co Wam powiedzieć, żeby za bardzo nie zaspojlerować, a jednak Was zachęcić. Wyobraźcie sobie Stany Zjednoczone, kraj, który wielbi wolność, zamieniony w jakieś sekciarskie niewiadomoco, w którym zamiast dzień dobry, mówi się błogosławiony niech będzie owoc, w którym kobiety płodne są dosłownie krowami rozpłodowymi – nie ma na to lepszego określenia – i nazywa się je od imion ich obecnych właścicieli-bardzo-ważnych-panów. Mocno skłania do przemyśleń.

Panna Marple

Nie tak dawno odkryta recepta na wszystkie smutki, która pomogła mi przetrwać najgorsze dni w marcu. O ile uważam, że od przykrych uczuć nie ma co uciekać, że lepiej nie przetrawić, czegoś się o sobie dowiedzieć, to jednak są takie dni, gdy człowiek czuje się… hm… bardzo źle i trudno mu przetrwać i wtedy taka mała ucieczka w świat fantazji i snucia domysłów na temat tego, kto zabił, naprawdę pomaga. Zaczynam powoli rozumieć, dlaczego ludzie tak bardzo lubią kryminały. Chyba żaden gatunek tak dobrze nie odrywa od życiowych problemów. 🙂

Do zakochania jeden krok

Oj, Brytyjczycy, umieją w takie słodko-gorzkie kino, umieją. Traf chciał, że do kina szłam, gdy miałam naprawdę, ale naprawdę ciężki i emocjonalny dzień, a ten film niesamowicie podniósł mnie na duchu. Jest to historia 60-letniej kobiety, która próbuje stanąć na nogi po tym, jak zdradził ją mąż. Znowu nie chcę za bardzo spojlerować, ale powiem, że taniec, śmichy-chichy i starsi panowie dwaj, bardzo się do tego przyczynili. Poza tym Londyn, Rzym, doborowa obsada i piękna Joanna Lumley (chcę tak wyglądać, jak będę mieć 71 lat!). Ja chyba po prostu lubię brytyjskie kino. 🙂

Morze Bałtyckie (Trójmiasto)

ulubieńcy marca

Nigdy wcześniej nie byłam nad morzem o innej porze roku niż lato i muszę powiedzieć, że było to naprawdę przyjemne doświadczenie. Prawie puste plaże, piękne morze i… morsy (w sensie ludzie-morsy)! 😀 Tylko wiało mocno, ale tam chyba po prostu zawsze wieje. 🙂 Jak się przyjeżdża z Warszawy, to się ma wrażenie ultraczystego powietrza, ale może to tylko wrażenie. Nie wiem, nie sprawdzałam. Ale miałam taki trochę dysonans poznawczy, że nie mogę włożyć nóg do wody. No bo przecież wiadomo, że morze jest tam tylko wtedy, gdy jest dwadzieścia-kilka stopni, a później znika. 😉

Knajpy

Morze Piwa (Gdynia)

To jeden z najładniejszych multitapów w Polsce! Browar Monsters, czyli mój Mąż i jego wspólnik, mieli tam kranoprzejęcie i właśnie dlatego wylądowałam w marcu nad morzem. 🙂 Przede wszystkim urzekło mnie to, że był naprawdę schludny i czysty, a to jest niestety rzadkość wśród pubów. Do tego jest tam bardzo przytulnie (tak trochę hyggelig), a obsługa supersympatyczna i po prostu na medal! Jeśli wybieracie się na piwo w Trójmieście, to tylko tam! 😀

Kawiarnia Kofeina (Gdynia)

ulubieńcy marca

Jaki tam jest klimat! Na zdjęciach nic nie widać, bo to z telefonu, ale możecie się domyślać, jak tam jest cudownie. Doskonałe miejsce do chillowania. Żałuję, że nie mogłam tam pobyć dłużej. Do tego pyszna kawa, a ich tarta bounty to już w ogóle niebo! Szkoda, że nie ma takiej w Warszawie.

Bistro Wczasy (Gdańsk)

ulubieńcy marca

Czaiłam się na te gofry, od kiedy zobaczyłam je u Moniki (Tekstualnej) na blogu. I nie zawiodłam się! Nigdy nie jadłam tak dobrych gofrów. Moje były z burakiem, serkiem kozim i sosem balsamicznym, a Olka jakieś mięsne burrito. I ten sposób podania na deseczkach jest świetny! Idealnie pasuje do gofrów. Poza tym piękny wystrój i przemiła pani z obsługi. <3 10/10! 🙂

Kosmetycznie

Dezodorant Zion Health

Już dawno nie używam na co dzień antyperspirantu (raczej traktuję go jako coś awaryjnego, np. na podróż), ale nie mogłam się dogadać z tymi bezaluminiowymi dezodorantami. Zwyklaki z drogerii miały słaby skład i działały tak sobie, Schmidt’s podrażnił mi pachy, a Desert Essence pachniał bardzo ładnie, ale prawie nie chronił. Teraz znalazłam ideał – Zion Health. Pachnie pięknie i całkiem nieźle chroni (do czasu, gdy zaczynają odrastać wydepilowane włoski, ale to chyba normalne). Problem w tym, że ciągle nie wiem, czy jest on cruelty-free. Ktoś ma informacje na ten temat? Jeśli tak, to podzielcie się w komentarzu, na pewno przyda się to także innym. Jeśli chciałybyście sobie taki nabyć, to jest dostępny na iHerbie. Jak sobie klikniecie w nagłówek, to przekieruje Was bezpośrednio do strony. 🙂

Teksty i jutuby

10 cech dobrego gościa | Aleksandra Pakuła

Marzec miesiącem kobiet | Zaplanowana.pl

Jak się nie zgubić | Mondro

Odzyskać szerszą perspektywę w natłoku obowiązków | Mikrożycie

Jak ateiści powinni spędzać święta | Segritta

Organoidy | Kasia Gandor

Działanie

Mimo tej chmury wiszącej nade mną udało mi się napisać 8 tekstów i popracować nad jeszcze jednym blogowym projektem, który mam nadzieję w końcu w kwietniu zamknąć! Trzymajcie kciuki! 🙂 Bliżej świąt dałam już sobie spokój z tym parciem, żeby zrobić wszystko, bo muszę. Nic nie muszę. Rzuciłam się w wir robienia ciast i potraw na święta i było mi z tym bardzo dobrze. 🙂

Muszę się też pochwalić, że spełniłam swoje zamierzenie, bo chciałam wrócić do regularnych ćwiczeń – pilatesu i jogi – i całkiem dobrze mi się to udało. Mogłabym tylko mniej jeść, ale nie można mieć wszystkiego! 😉

Kwiecień miesiącem odnajdywania na powrót spokoju i równowagi

Kwiecień zamierzam uczynić miesiącem spokoju i medytacji. Chcę wrócić do codziennego medytowania (przynajmniej wieczorem) i Dziennika Wdzięczności, który ostatnio zaniedbałam. Czeka mnie także wspaniały wyjazd, którego nie mogę się doczekać, ale nie powiem jeszcze dokąd lecę. 😀

A co dobrego Was spotkało w marcu? I co dobrego planujecie na kwiecień?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Ulubieńcy z wcześniejszych miesięcy:

  1. Ulubione w lutym
  2. Ulubione w styczniu
  3. Ulubione w grudniu
  4. Ulubione w listopadzie
  5. Ulubione w październiku