Zanim przejdziesz do dalszej części czytania tekstu pamiętaj, że a) możesz mieć łatwiej niż ja, b) możesz mieć trudniej niż ja, c) dzieci są różne. Nie chcę się w tym tekście żalić (no dobra, trochę chcę) ani chwalić. Chcę tylko pokazać, że macierzyństwo to nie tylko słitaśne zdjęcia na instagramie. Macierzyństwo to głównie ból, pot i łzy. No chyba że masz jakieś ultrałatwe, bezproblemowe dziecko. Jeśli nie – jakieś trudy wczesnego macierzyństwa na pewno Cię dopadną.

Opowiem Wam teraz o tych rzeczach, które do tej pory przeczołgały mnie najbardziej. Antoś ma już pięć miesięcy, więc jest coraz lepiej. A ja nie chciałabym dołączyć do grona matek, które ściemniają, jak to ich dzieci przesypiają noce, jedzą jak w zegarku, drzemkują jak w zegarku i same usypiają w swoim łóżeczku bez żadnego bujania lub wypłakiwania. Jasne, są takie dzieci, ale… Nie oszukujmy się. Jest cała masa tych bardziej wymagających, które potrzebują bliskości rodzica, bujania, karmienia milion razy na dobę itd.

Gdyby tak nie było, to nie widziałabym tylu żalpostów na grupach Wymagające, Wege mamy czy Karmienie piersią. Lepiej uniknąć rozczarowań i móc się jednoczyć z innymi mamami w bólu niż rywalizować na to, kto ma grzeczniejsze dziecko. Zwłaszcza jeśli ta grzeczność uzyskiwana jest przez wypłakiwanie. Poczytajcie sobie o kortyzolu i szkodach, które zachodzą w mózgu wypłakiwanego dziecka. Albo nawet może pozytywnie się rozczarujecie, przyszłe mamy, bo Wasze dzieciątka będą z tych łatwiejszych – i też dobrze. 🙂

Gotowe? Gotowi? No to proszę 🙂

Karmienie piersią – nie tak naturalne jak myślisz

Nawalczyłam się z tym karmieniem, oj, nawalczyłam. Najpierw jakby nic w tych moich przewodach mlecznych nie było i zalecili mi w szpitalu dokarmianie mieszanką. Plus niektóre położne tak mi pomagały przy przystawianiu, że właściwie dziobały tym dzieckiem o moją pierś… W dniu wypisu nagle nawał (=ultraprzepełnienie piersi) i dosłownie w ostatniej chwili cudowna położna (bo były i takie) przyprowadziła do mnie doradczynię laktacyjną, która doradziła nam jaki laktator kupić, pokazała jak przystawić dziecko, jak pobudzać je do ssania i powiedziała, że bez problemu je wykarmię. Po przyjechaniu do domu okazało się, że nie nadążam z odciąganiem, dziecko nie bardzo sobie radzi ze ssaniem i Mąż w środku nocy jechał do dyżurującej apteki po mieszankę, za którą przepłacił tam kilkukrotnie.

trudy wczesnego macierzyństwa

Zatem: jeśli ktoś Wam powie, że mieszanka w domu to prosta droga do końca laktacji – nie słuchajcie – to daje spokojną głowę. Ja byłam karmiona częściowo mieszanką – w weekendy moja mama jeździła na zjazdy i jakoś mnie trzeba było karmić. Piersią karmiła mnie rok i osiem miesięcy i zakończyła, bo chciała, a nie dlatego, że jej się mleko skończyło. Uważam, że dobrze jest taką w domu mieć na wszelki wypadek. U nas nieotwarta jedynka ciągle stoi i mam nadzieję jej nie użyć. Niemniej polecam unikanie smoczków i butelek, są inne sposoby na dokarmianie dziecka. U części dzieci smoczek może nie zepsuć chwytania piersi, ale może akurat u Twojego zepsuje. Nie będę czarować, ja próbowałam dać smoczek, żeby mieć łatwiej ale Antonio sam nim wzgardził. 😉

(Nie)wychodzenie z domu

Karmienie piersią, mimo całej wygody (nie trzeba niczego mieszać, wyparzać, pilnować odpowiedniej ilości i temperatury itd.), ma jeden zasadniczy minus – w pierwszym okresie życia dziecka (do końca 6. miesiąca), gdy karmienie piersią (lub mieszanką) powinno być wyłączne, trudno wyjść samej z domu. Oczywiście z dzieckiem karmionym butelką z mieszanką mleczną – bądź odciągniętym mlekiem – logistyka jest łatwiejsza. Ja się uparłam, że nie będzie żadnych butelek i czekam na rozszerzanie diety, gdy wprowadzimy kubeczek, a ja w końcu poczuję wiatr we włosach, gdy pójdę sama do Rossmanna. 😉 Pewnie poczuję się, jakbym wychodziła do SPA.

Nie zrozumcie mnie źle, daleka jestem od robienia z siebie Matki Polki umęczonej, bo to ja sama decyduję się na takie poświęcenie, nikt mnie do niego nie zmusza. I prawdę mówiąc na tym etapie mojego życia, jeśli miałabym dla kogoś się poświęcić – to będzie to tylko moje dziecko. Dlatego że to ja zdecydowałam się sprowadzić je na ten świat i to ja podejmuję cała odpowiedzialność za jego przyszłe życie, za jego zdrowie psychiczne i fizyczne, i ogółem – jego dobrostan emocjonalny. Nie zmienia to faktu, że czasem jest po prostu ciężko.

Dlatego właśnie teraz moje teksty są tylko dzieckowe – bo to teraz cały mój świat. Uważam, że tak powinno być, bo jego maleńkość minie jak mgnienie oka i ten czas już nigdy nie wróci.

Cierpiący brzuszek

Co prawda nie doświadczyliśmy kolek w pełnej krasie, ale problemy brzuszkowe były, oj były. Bo wiecie, podobno chłopcy cierpią na brzuszek częściej (cholera wie czemu). Jak również wcześniaki (jeszcze bardziej niedojrzały układ pokarmowy). Jak również dzieci po cc (niezasiedlenie bakteriami matki podczas porodu). Widzicie? U nas kombo, 3w1. 2, czy nawet 3 miesiące podawania probiotyków, sab simpleksów i innych cudów, masaże brzuszka, termoforek z pestek wiśni, kładzenie na brzuszku głodnego dziecka (bo przecież jak położę na brzuszek po jedzeniu to uleje) itd. Na szczęście – wszystko mija. Najpierw skończyły się bóle brzuszka, a teraz nawet już prawie nie ma ulewania. Za to dolne jedynki wychodzą… Zawsze coś 😉

trudy wczesnego macierzyństwa

Płacz nie-wiadomo-o-co-chodzi i uwiąd nadgarstków

O rany, to było coś okropnego. Codziennie kilka razy histeria przed uśnięciem, a przecież nosiliśmy na rękach. Jedno miało ochotę dziecko drugiemu wyrwać. Ręce odpadające, nadgarstki kilka razy smarowane dicloziają. Próbowałam chusty, ale mi się wywierzgiwał z niej, a Mąż w ogóle nie załapał wiązania kangura. Aż w końcu… kupiliśmy dłuższą (i mocniejszą, bo z lnem – dzieć 7,5 kg to już kawał kloca) chustę, zaczęliśmy wiązać kieszonkę i dziecko zaczęło usypiać w kilka chwil, zaledwie chwilę pojęczywszy. 😉 A teraz zwykle usypia przy piersi i drzemkuje sobie na naszym łóżku obłożony poduszkami. Żyć nie umierać! I znów – wszystko mija. A dopóki nie minie – trzeba szukać sposobów na swoje dziecko – nie tak, to inaczej.

Teraz tylko czekam aż przestanie tak często budzić się w nocy 😛

20 minut dla siebie

A gdy już było po całej histerii i dziecko padało ze zmęczenia, to spało na rękach 20 minut, a potem – jeśli miałam szczęście – 20 minut w łóżeczku. Każda próba przełożenia z rąk do łóżeczka wcześniej niż po 20 minutach kończyła się porażką, a czasem i tak musiałam z nim siedzieć na rękach całą drzemkę – czyli całe 40 minut, bo nie było mowy, żeby dłużej spał. W czasie swojej aktywności żądał, żebym była cały czas przy nim i nie ma, że sobie jem po prostu, a on się bawi, nie. Jeśli coś chciałam zrobić – np. iść do toalety albo przygotować sobie jedzenie, to musiałam to robić właśnie podczas tych magicznych 20 minut. Niedużo czasu dla siebie, prawda? 🙂

Teraz mogę powiedzieć, że to kolejna rzecz, która mija, bo teraz zdarza mu się pospać w dzień nawet 1,5h (tylko nigdy nie wiem kiedy to nastąpi :P), a ja mogę zwykle bez problemu odłożyć go do łóżeczka z chusty po paru minutach, jeśli usypianie było w chuście, lub bezszelestnie uciec z łóżka po karmieniu. I mam dla siebie dużo więcej czasu 🙂

Dramat wózkowy

Choć właściwie teraz nie jestem pewna, czy to nie był bardziej dramat czapeczkowo-kombinezonowy. Podczas gdy podobno dla jakichś matek spacery z noworodkiem i malutkim niemowlęciem to wytchnienie, to dla mnie to była jakaś mordęga. Najpierw ryk, bo ubieram. Więc tuliłam. Potem ryk, bo czapeczka. Więc znowu tuliłam. Potem ryk, bo wkładam do wózka. I znów tuliłam, aż zasnął. A później jak się obudził, prawie bieg do domu, bo znowu ryk, a przecież takiego kruchego maleństwa nie złapię w jedną rękę, żeby mu było lepiej. W dodatku zima. Jak możecie się domyślić – minęło. Wózek nadal nie jest ulubionym środkiem transportu mojego dziecka, ale jest lepiej. Zdarza mu się nawet w nim zasnąć. A jak nie zaśnie, to wracam do domu z dzieckiem w jednej ręce i wózkiem w drugiej, bo teraz już się tak da. 🙂

Na zdjęciu poniżej pierwszy spacer, gdy jeszcze nie było wojny o ubieranie 😉

trudy wczesnego macierzyństwa

Pewnie tych kłopotów jeszcze trochę będzie – zwłaszcza, że pogromy w rodzaju lęku separacyjnego albo np. odpieluchowania (oczywiście za sto lat) jeszcze przed nami. I tak właśnie wygląda rodzicielstwo. Czasem nie wytrzymujesz, padasz na ryj z wyczerpania, w domu masz chaos, pytasz siebie „po co mi to było”. A potem ta mała małpka uśmiecha się do Ciebie tak promiennie, że zapominasz o wszystkim. Albo prawie płaczesz, bo Twoje dziecko właśnie samo przewróciło się na brzuszek. Naprawdę tak jest, nie ściemniam. 😉

Mam nadzieję, że kolejny mój tekst będzie już bardziej pozytywny. Patrząc na częstotliwość pojawiania się nowych tekstów od porodu, niczego nie obiecuję, ale mam nadzieję, że uda mi się napisać jakieś must have’y pierwszego półrocza życia niemowlęcia. Co Wy na to? 🙂 Są takie rzeczy, które dosłownie uratowały mi życie i wydaje mi się, że fajnie byłoby się tym podzielić. Stay tuned. 🙂

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Ulubieńcy ciążowi
  2. Moja ciąża tydzień po tygodniu
  3. Jestem w ciąży! Cała prawda o pierwszym trymestrze
  4. Nasza zimowa sesja ciążowa