Dlaczego nie lubię świętować „okazji”?

społeczny przymus obchodzenia świąt

Do napisania tego tekstu, natchnęły mnie różne rozmowy przeprowadzone z ludźmi, a szczególnie ostatnia z kolegą, właśnie w święta wielkanocne. Długo tego nie zauważałam, ale od jakichś dwóch lat zaczęło denerwować mnie, że są w ciągu roku jakieś „okazje”, gdy wszyscy rzucają się w wir przygotowań, zakupów, prezentów i nie wiadomo czego jeszcze.

Tak naprawdę nie wiem, od którego dokładnie momentu w moim życiu irytuje mnie dostosowywanie się do większości – może to było w liceum, może na początku studiów, może po ukończeniu licencjatu z socjologii. Jednak nigdy nie wiązałam tego z tymi właśnie „okazjami”. Uważałam zawsze, że to przecież fajnie, że np. sylwester to jest taka okazja do zamknięcia jakiegoś etapu w swoim życiu i otworzenia następnego z czystą kartą, a walentynki to dobra okazja do okazania sobie miłości itd. itp.

społeczny przymus obchodzenia świąt

Ale któregoś razu tak jakby coś trzasnęło mnie w łeb. Innymi słowy wszystkie moje przemyślenia poskładały mi się do kupy i zapytałam siebie, czy ja jestem nienormalna. Czy naprawdę potrzebuję walentynek, żeby okazać miłość swojemu ukochanemu? Czy naprawdę potrzebuję sylwestra, by podsumować jakiś etap swojego życia (tutaj skrajnym dla mnie przypadkiem odmiennego myślenia jest mój narzeczony, dla którego rok = rok akademicki :))? Czy naprawdę potrzebuję być obsypywaną kwiatami w dzień kobiet? Bo jak nie dostanę tych kwiatów, czekoladek lub innych niepotrzebnych pierdół, które kapitalizm w nas wciska, to jestem jakąś niepełnowartościową czy też niekochaną kobietą? Ja wiem, zadawanie takich pytań boli, ściska w żołądku, a czasem nawet zbiera na wymioty – tak bardzo nie zgadza się z tym, do czego przyzwyczailiśmy się żyjąc w społeczeństwie i nie zastanawiając się nad rządzącymi nim regułami.

Dlaczego konkretnie nie lubię celebrowania narzuconych okazji?

#1 Przygotowania męczą

Zwłaszcza do świąt, chociaż do wielu innych też. Przed takimi świętami trzeba sterylnie wysprzątać dom, nagotować nie wiadomo ile jedzenia, zrobić milion zakupów, często udekorować wnętrza (albo i zewnętrza). Pieczenia tu nie uwzględniam, bo akurat to bardzo lubię. Jednak ostatnio też trochę przystopowałam z ilością ciast, które robię – one i tak zostają po świętach, kiedy wszyscy mają już dosyć jedzenia. A i tak nigdy nikt się nie uczy, żeby zrobić jedzenia mniej. Takie to chyba wady polskiej gościnności. Poza tym męczące są dyskusje w rodzinie – a to trzeba zrobić tak, a to tak, każdy chce postawić na swoim i wynikają z tego kłótnie.

Gdyby tylko dało się trochę z tym wszystkim przystopować, może trochę inaczej podchodziłabym do tematu. No i jeszcze przyjeżdża się do rodzinnego miasta, chce się spotkać ze znajomymi, a część z nich nie ma czasu. Rozumiem w święta, gdy spędza się czas z rodziną, jasne, ale przed świętami? To tylko ze względu na te przygotowania „zastaw się, a postaw się” oraz niechaj Twój dom błyszczy niczym… No, już sami sobie dopowiedzcie. Taki detal, a jednak wpłynął na moją świąteczną niechęć. Zaznaczam tu, że nie mam do tychże znajomych, którzy się w tym opisie odnajdą żadnych pretensji – każdy żyje, jak chce. 😉

#2 Nie lubię się dostosowywać

Co tu dużo mówić, trudno skończyć socjologię i nadal chcieć się dostosowywać. Nie mówię, że ukończenie takich studiów jest konieczne, by to zobaczyć, ale zdecydowanie ułatwia sprawę. Wystarczy dołożyć do tego kilka książek o samorozwoju i człowiek już zawsze będzie miał opór przed dostosowywaniem się, bo inni ludzie tego wymagają. Koniec, kropka.

#3 Wszystko wydaje mi się takie „na siłę” albo żeby się pokazać

Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie tak bardzo chcą się pokazać – że mają dużo w spiżarni, że mają pięknie ustrojony dom na Boże Narodzenie, że pani Gienia założyła najlepsze szpilki do kościoła. To po co w końcu te święta? Dla ducha, dla spełnienia tradycji, czy może dla oka sąsiada i współmieszkańca? I dlaczego, jak nie mam ochoty na imprezę albo dużą imprezę w sylwestra, to spotykam się z pełnym politowania spojrzeniem albo wręcz świętym oburzeniem, że się nie dostosowałam go ogółu. Nie, przepraszam, ale nie dołączę do tego wyścigu.

#4 Świętowanie najczęściej wiąże się z wielkim konsumpcjonizmem

społeczny przymus obchodzenia świąt

Wielkie zakupy jedzeniowe to jedno, ozdoby świąteczno-imprezowe to drugie, a prezenty to trzecie. O ile każdą z tych kategorii zakupowych jestem w stanie zrozumieć, jeśli jest to traktowane w sposób umiarkowany, to zupełnie nie rozumiem szaleństw. Dla mnie sprawa jest prosta – jeśli na jednego sylwestra kupiliśmy zbyt dużo jedzenia, to trzeba skorzystać z doświadczenia i na kolejny kupić mniej. Jeśli mamy już ozdoby z lat poprzednich i nie są zniszczone – nie widzę powodu, żeby kupować nowe. Jeśli robię komuś prezenty, to tylko, jeśli mam na nie pomysł, a nie po prostu kupuję drogą rzecz, żeby pokazać „o, popatrz, jaka jestem hojna”. Dlatego najfajniej byłoby według mnie dawać prezenty bez okazji. 🙂

#5 I z różnego rodzaju rozczarowaniami

Tutaj każdy może sobie wstawić swoje. Nie chciałabym nic publicznie wywlekać. 😉

Słowem wyjaśnienia:

Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że świętowanie pewnych dni jest jakieś złe, niewłaściwe, głupie. Absolutnie nie. Jestem zdania, że każdy z nas jest wolnym człowiekiem i robi, co chce i jeżeli chce się w jakimś dniu jednoczyć z innymi, jeżeli chce się z niego cieszyć i radośnie go obchodzić, to wszystko jest wspaniale. I tak być powinno. Jeśli jednak zauważycie, że obchodzenie świąt czy dnia kobiet, czy walentynek albo szukanie prezentów Was męczy, nie radzicie sobie z tym – w czym też nie ma nic złego – umówcie się po prostu z najbliższymi osobami, że nie będziecie sobie tych prezentów dawać. Że pójdziecie razem na dobrą kawę, piwo czy kolację. Doświadczycie na pewno więcej radości niż irytując się podczas poszukiwań prezentów.

A jeśli wcale nie chcecie obchodzić jakiejś okazji, to też – porozmawiajcie, to nie boli. Jeżeli ktoś Was kocha, powinien to zrozumieć. Oczywiście związki tworzy się przez kompromisy, więc nie stawiajcie też sprawy na ostrzu noża – jeżeli np. Wasza rodzina kocha święta, to nie możecie powiedzieć „a teraz nie będzie świąt, bo ja tak chcę”. Możecie za to wyjaśnić, że wolelibyście je jednak obchodzić w spokoju, nie szaleć z przygotowaniami i ilością potraw. Po prostu odpocząć – przecież od tego święta są.

Jest jedna rzecz, której nie powinniście robić, a która jest związana z tym tematem. Nie powinniście oceniać innych i ich krytykować ze względu na to, że robią coś inaczej niż Wy. Pamiętajcie, że każdy ma prawo podejmować swoje decyzje i nie powinniście się ich czepiać, zwłaszcza, jeżeli te decyzje nie mają na Was bezpośredniego wpływu. Ja doprawdy nie rozumiem dziewczyn, które robią wielkie oczy, gdy słyszą moją odpowiedź na pytanie, jak spędzam walentynki. Nie spędzam. Od tego roku. Nie wiem, co będzie dalej, co postanowimy, ale na razie uznaliśmy, że dla nas to święto nie ma sensu. Zawsze możemy iść na randkę, do kina, na kolację. Zawsze możemy okazać sobie miłość. A kwiaty mogę sobie kupić sama. Nie bądźcie sobie wilkiem. 😉

społeczny przymus obchodzenia świąt

Na koniec powiem jeszcze, że to nie jest tak, że ja nie obchodzę żadnych okazji. Oczywiście, że obchodzę. Na przykład urodziny innych osób. Swoje chcę obchodzić tylko, jeśli wymyślę coś ciekawego, co mogłabym wtedy robić. A może po prostu zechcę obejrzeć film i kupić w cukierni napoleonkę. I to też jest dla mnie obchodzenie urodzin. Dzień kobiet mogę spędzić z koleżanką – w końcu to „dzień kobiet”, a nie „dzień kobiet, które dostają kwiaty od swoich mężczyzn”. A o sylwestrze uważam, że jest dobrą okazją do podsumowywań. Ale nie jedyną. I jeśli ktoś nie ma postanowień noworocznych spisanych w styczniu, to też nie jest nic złego. Dodam, że nie pisałam tu o okazjach ważnych i rzadkich, np. ślubach, komuniach, zjazdach absolwentów, wieczorach panieńskich, czy innych tego typu, a tylko o dniach ściśle wyznaczonych przez kalendarz, obchodzonych każdego roku.

Podsumowując już ostatecznie: to, co chciałam wyrazić tym tekstem, mogłabym zamknąć w zdaniu „żyj i daj żyć innym”. Tylko tyle. Choć dla niektórych aż tyle. Pozostawiam Wam to do przemyśleń i życzę udanego weekendu (a niech to, okazja! ;)).

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Szacunek i tolerancja, czyli podstawa wszelkich relacji | 52 Tygodnie Pozytywności
  2. Nie masz za grosz dystansu! Różnica między żartem a sarkazmem
  3. Czy wszystko można wybaczyć?
  4. Rzut (krytycznym) okiem na „hygge”
  5. Dziecko, Ty nic nie wiesz o życiu!
  • Zgadzam się. My z rodziną robimy sobie małe, symboliczne prezenty na Boże Narodzenie, a gotujemy/kupujemy taką ilość jedzenia, która wiemy, że się nie zmarnuje. Nie wydajemy pieniędzy na żadne ozdoby czy to bożonarodzeniowe czy wielkanocne, bo dla nas są to wydatki zbędne.