jak być dobrym warszawiakiem

Od razu przepraszam Was za ten clickbaitowy tytuł. Właściwie nie było to zamierzone, ale skoro już jest, to zobaczymy, czy rzeczywiście w ten sposób pisane teksty przekładają się na wyższe statystyki. 😉 Tytuł ten mogłabym uzupełnić, by brzmiał tak: „chcesz mieszkać w Warszawie, ale nie chcesz stać się wyzutą z uczuć świnią, ani pognębioną ofiarą?”. Prawda jest taka, że kocham to miasto, naprawdę. Myśl o wyprowadzeniu się z niego wywołuje we mnie strasznie negatywne emocje. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że mieszkanie tutaj nie jest łatwe. Ale czy życie gdziekolwiek jest łatwe?

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, czyli życie w małej miejscowości

Może zaczniemy od małego osobistego wprowadzenia. Będzie wprost. Jestem z małego miasteczka, którego nie lubię. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym z jakiegoś powodu musiała tam wrócić. Tam mieszkałam 9 lat, w Warszawie mieszkam już 17. Jestem tak przyzwyczajona do tego, czym rządzi się wielkie miasto, że powrót do takiego małego straszliwie mnie irytuje. Naprawdę nie chciałabym tym wyznaniem obrazić mieszkańców małych miasteczek czy wsi, bo wiem, że ludzie są różni. Przykładem zachowania, którego nie cierpię jest np. zaglądanie mi twarz albo nawet do samochodu. Kolejna rzecz, która mnie irytuje, to fakt, że tam wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Podejrzewam, że wynika to z nudy, bo ostatecznie tam nic się nie dzieje, ale jakoś nie potrafię tego usprawiedliwić. Ktoś mi teraz mógłby powiedzieć, że to jest zainteresowanie, że jak się coś złego stanie, to ludzie pomogą… Ale, czy na pewno?

Czy wspólne kawki są gwarancją pomocy w potrzebie?

Mówi się, że w wielkim mieście ludzie nie interesują się innymi ludźmi, sąsiadami na przykład. I że to jest niedobre, bo – socjologicznie rzecz ujmując – mamy rozpad więzi międzyludzkich, stowarzyszeń, odpowiedzialności za wspólne dobro (mało ludzi na zebraniach wspólnot) i generalnie kapitał społeczny się wali. Jednak czy naprawdę to, że nie chodzę na herbatkę do mojej sąsiadki, oznacza, że nie pomogę jej, gdy mnie o pomoc poprosi? Czy to, że nie znam swoich sąsiadów oznacza, że nie zadzwonię na straż pożarną, gdy w którymś mieszkaniu albo na podwórku będzie czuć lub widać pożar? Czy to że olewam ulotki oznacza, że nie zadzwonię po karetkę, gdy będę świadkiem wypadku?

jak być dobrym warszawiakiem

I na odwrót. Czy chodzenie do sąsiadki na ploty sprawi, że będę skłonna jej pomóc? Czy na pewno zawsze będę się cieszyć jej szczęściem? A może właśnie będę jej zazdrościć i złorzeczyć. Może obmówię ją z inną sąsiadką. Kto powiedział, że te wspaniałe relacje sąsiedzkie w małych miejscowościach są szczere?

Anonimowość i maski

Dlatego właśnie wybieram Warszawę. Choćby była miastem nie wiem jak zblazowanym i anonimowym. Ja tę anonimowość lubię. Lubię to, że idąc ulicą, nie muszę pilnować, czy przypadkiem nie mijam znajomej osoby, czy przypadkiem nie zostanie to uznane za brak kultury z mojej strony. Tak, kochani. W Warszawie ktoś pomyśli co najwyżej „no nie zauważyła mnie, trudno”. W mojej małej miejscowości słyszałam oczywiście drogą poczty pantoflowej, że jestem nieuprzejma, bo nie witam ludzi na ulicy. Ja się naprawdę nie zajmuję specjalnym unikaniem ludzi. Nie zajmuję się też zaglądaniem im w twarz i sprawdzaniem, czy to na pewno nie koleżanka koleżanki siostry mojej babci, czy też stara znajoma mamy z czasów, gdy ja miałam 5 lat.

Oczywiście nie uważam Warszawy za miasto ludzi, którzy są otwarci i uczciwi, bo wiadomo, że z ludźmi różnie bywa i w zasadzie wszyscy zakładamy jakieś maski. Co prawda wolę maskę uprzejmości i życzliwości spotykaną na przykład na ulicach Londynu od maski wielkopańskiej i zblazowanej, którą z kolei często widuję tutaj (być może sama ją mimowolnie przybieram, kto wie). Ostatecznie jednak gdzieś żyć trzeba.

Jeśli wpadłeś między wrony… A co, jeśli nie chcę krakać?

A tam gdzie jest większa różnorodność ludzi, gdzie ludzie generalnie bardziej mogą sobie na nią pozwolić, jest większa szansa na znalezienie takich, którzy nam będą odpowiadać. Ja do mojej małej miejscowości nie pasuję, więc tam byłoby mi o to bardzo trudno. Zdarzyło mi się o tym rozmawiać z pewnym znajomym (którego tożsamości dla jego dobra w żaden sposób tutaj nie zdradzę), którego przypadkowo spotkałam w autobusie, a który też jest raczej z tych, co tam nie pasują. Pytałam go, jak on to znosi. Powiedział, że podróżuje. I że ma świetnych znajomych, którzy go odwiedzają. Mnie to przeraża. Kolejny powód, dla którego lubię Warszawę. No dobra, przejdźmy do tego, o czym w zasadzie miał być tekst.

jak być dobrym warszawiakiem

Czego musisz się nauczyć, jeśli chcesz mieszkać w Warszawie i przeżyć?

Uprzejmej asertywności

Wszystko to, co opiszę poniżej moim zdaniem w tym sformułowaniu się zawiera. A więc co się na tę uprzejmą asertywność składa?

#1 Odmawianie

Niektórzy nazywają to zblazowaniem, ale mi to słowo kojarzy się zbytnio pejoratywnie. Chodzi o to, że jeżeli nie masz doby dłuższej niż 24 godziny, ani portfela zasobnego w miliony, to musisz nauczyć się ludziom odmawiać. W Warszawie jest mnóstwo ludzi, którzy będą Cię zaczepiać, prosić o pieniądze albo o wsparcie ich akcji, podpisanie czegoś tam itd. Zalecam wstrzemięźliwość. Nie chodzi o to, że jestem przeciwna pomaganiu ludziom w potrzebie, wręcz przeciwnie. Jednak życie nauczyło mnie, że ludzie często chcą mnie oszukać. Jeżeli ktoś prosi mnie o to, bym kupiła mu jedzenie, a niedaleko jest sklep – nie robię problemu. Jeżeli z kolei prosi mnie o pieniądze – odmawiam. Pieniądze wpłacam na konta fundacji, którym bardziej ufam niż losowym ludziom na ulicy. I nie oszukujmy się, nikt nie ma tyle pieniędzy, żeby wesprzeć wszystkich.

jak być dobrym warszawiakiem

Jeśli chodzi o akcje i podpisy – nie daj się wciągnąć. Podpisuj tylko to, co naprawdę jest dla Ciebie ważne i co uważasz za słuszne. Jeśli widzę, że próbuje mnie złapać ktoś, z kim poglądowo się nie zgadzam albo wiem, że będzie chciał ode mnie jakiejś obietnicy comiesięcznego przelewania kasy na jakiś cel, to uciekam. Skąd ja mam, u licha, wiedzieć, co będzie za miesiąc? Uprzejmie dziękuję również za ulotki. Wiem, że to praca, ale moim zdaniem to jest marnowanie papieru.

#2 Pewność siebie

Kolejna kwestia to taka trochę umiejętność walczenia o swoje. W nas, Polakach, ciągle siedzi taka trochę mentalność ofiary. Zawsze nas ktoś krzywdził. A do tego potem w PRL-u trzeba było siedzieć cicho i się nie wychylać, bo jeszcze ktoś nam coś tam zabierze albo na coś nie pozwoli. Mnie też starsze pokolenie w mojej rodzinie usilnie próbowało na pokorną dziewczynkę przerobić, więc walka z tym wpojonym poczuciem nieco mi zajęła. Na szczęście pomogła mi w tym mama, która zawsze walczyła o moje dobro, gdy coś mi przysługiwało, czy miałam rację, ale z jakiegoś powodu, ktoś mi tego odmawiał. W tej chwili jestem przekonana, że w przestrzeni publicznej w Warszawie nie ma miejsca na pokorę. Jeśli jesteś zbyt pokorny/pokorna, to reszta ludzi Cię zgniata. I tyle. Możesz się irytować, możesz się fochać albo się wyprowadzić. Albo możesz to zaakceptować.

Ciągle nie umiem zwrócić uwagi rozwalonemu na dwa miejsca facetowi w metrze, ale przynajmniej już się nie kulę, żeby tylko przypadkiem komuś nie przeszkadzać. To ja tak na wszelki wypadek zajmę jak najmniej miejsca w kąciku. Już nie. Wszyscy tak samo mamy prawo jechać autobusem (o ile mamy bilet), wszyscy mamy prawo gdzieś przebywać czy w spokoju spakować zakupy. Ja przestałam schodzić ludziom z drogi. Polecam. Uczą się wtedy mówić „przepraszam” albo trzymać się swojej prawej strony.

#3 Zwyczajna życzliwość i wyrozumiałość

Odwróćmy teraz sytuację. Wyobraźmy sobie, że Ty się spieszysz, a ta wredna baba idzie jak wół środkiem chodnika. Masz kilka opcji – ominąć ją np. trawnikiem, powiedzieć „przepraszam” albo wnerwiać się i iść za nią. Co wybierzesz?

Wiecie gdzie i na podstawie czego w Warszawie najłatwiej poznać przyjezdnych? Na schodach w metrze centrum. 🙂 W Warszawie panuje zasada stawania po prawej stronie, by lewą mogli przejść ludzie, którzy się spieszą. Jest to chyba największy przejaw uprzejmości Warszawiaków, której im się generalnie odmawia, bo w komunikacji miejskiej to przecież dzicz i wyścig po miejsca. Nie mówię, że nie, czasem jest dzicz i taka niesubordynacja, że Niemiec by chyba zemdlał. Tyle stereotypów w jednym akapicie to jeszcze chyba u mnie nigdy nie było. 😀 Mam nadzieję, że wybaczycie mi to i potraktujecie z przymrużeniem oka.

jak być dobrym warszawiakiem

Wracając jednak do tych schodów w metrze. Muszę przyznać, że na początku potwornie mnie to irytowało. Ja tu chcę przejść, a oni mi drogę torują! Teraz jednak myślę sobie po prostu, że oni najzwyczajniej w świecie nie wiedzą. Znowu, mam dwa wyjścia: mogę po prostu stanąć za nimi albo im wytłumaczyć, że mamy tu taką fajną zasadę i że miło by było, gdyby ją już następnym razem uszanowali. Czasami naprawdę ludzie mają powód do tego, żeby się spieszyć i miło, jeśli mają taką furtkę. Tak właściwie to ja polecam wchodzenie po zwykłych schodach, ale przy wyjściu z metra centrum niestety ich nie ma. 🙂

Nie rób też jeszcze jednej rzeczy: nie fukaj, nie chrząkaj, nie wzdychaj. Sama wiem, jak irytujące jest takie fukanie, bo nie raz mi się zdarzyło zostać ofukaną. Spróbuj wejść w skórę tej osoby. To jest zupełne przeciwieństwo zblazowania. Prościej jest oczywiście pomyśleć stereotypowo i sobie kogoś bez zastanowienia ofukać, ale na pewno nie lepiej. Nie dość, że sami dodatkowo się tym fukaniem nakręcamy, to jeszcze psujemy temu komuś dzień. Nigdy nie wiadomo, jak długo ten ofukany będzie się zastanawiał, co zrobił temu fukającemu. Ja to zwykle przeżywam, bo staram się nie utrudniać ludziom życia, a założę się, że nie jestem jedyna. Dlatego lepiej w takie sytuacji się powstrzymać.

Podejrzewam, że starsze osoby nie czytają mojego bloga, ale gdyby jednak… Byłoby również niezmierni miło, gdyby starsze panie (z jakiegoś powodu na tak zachowującego się pana nigdy nie trafiłam) zwyczajnie prosiły młode dziewczyny o ustąpienie miejsca zamiast na nie chrząkać i psioczyć, że „udają”, że czytają, czy „udają”, że patrzą przez okno. A jeszcze milej by było, gdyby prosiły chłopców. Chłopcy są fizycznie silniejsi. Albo chociaż sprawiedliwie, raz chłopaka, raz dziewczynę. Byleby tylko nie chrząkać. Taki tam mały apel a propos proszenia zamiast wymagania, że ktoś się domyśli.


P.S. Według wszelkiego prawdopodobieństwa dzisiaj powinny być znaleziska miesiąca. Jednak moje życie osobiste jest ostatnio tak intensywne (do tego mało przyjemnie i bardzo rozpraszająco), że nie nadrobiłam jeszcze blogowych zaległości, a nie chcę dawać wersji okrojonej. Pozytywne nastawienie pomaga mi psychicznie uporać się z nagromadzonymi problemami, ale niekoniecznie wrócić na ścieżkę (marna kalka językowa) i na nowo się zorganizować. Postaram się jednak nadrobić i nie pominąć tego wpisu. Trzymajcie kciuki!


Warszawiacy i Warszawianki, a może Wy macie jeszcze jakieś podpowiedzi dla przyjezdnych? Nie-warszawiacy, z czym Wam się Warszawa kojarzy? Lubicie ją?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. 25 lekcji z 25 lat życia
  2. Co robić w Warszawie w wakacje?
  3. 13 rzeczy, których nauczyła mnie Mama
  4. Nie rób z siebie męczennika | 52 Tygodnie Pozytywności
  5. De gustibus non est disputandum | 52 Tygodnie Pozytywności
  • Lubię duże miasta właśnie ze względu na różnorodność, na to, że mogę wybrać, co chcę robić i z kim chcę spędzać czas i nie jestem na nic skazana.
    A życzliwość przydaje się zawsze, i w mieście i na pustkowiu i oby jej jak najwięcej gbyło 🙂

  • Grażyna Zaborska-Szmajda

    Ja lubię Warszawę, to miasto, gdzie się urodziłam, wychowałam i teraz wychowuję swoją córkę. Owszem, marzy mi się czasem dom gdzieś za miastem, ale jeszcze nie na tym etapie. Najbardziej denerwuje mnie tutaj smog zimą…
    A odnosząc się do tekstu, życzliwość i wyrozumiałość to cechy, które powinny być właściwe każdemu człowiekowi, niezależnie, gdzie mieszka. Wtedy wszystkim byłoby łatwiej 😀

    • Ten smog to poważny problem, ale nie jest tak, że dotyczy on tylko Warszawy. Żeby było śmiesznie, latem, gdy nikt tego nie sprawdzał, wskaźniki na aplikacji były zieloniutkie, a teraz już zrobiły się żółte. Zatem to tylko w pewnym stopniu zależy od ruchu drogowego, a w największym jednak z opalania. Niestety problem z opalaniem jest taki sam (lub nawet większy) w małych miejscowościach. Zwłaszcza, że duża część mieszkanców jest ekologicznie niedoedukowana i wciąż pali np. plastikowe śmieci w piecu od domowego CO. To czuć, nawet w mojej małej miejscowości, która podobno leży na terenie Zielonych Płuc Polski. Problem ma cały nasz kraj, niestety.
      Twoje ostatnie zdania – święte słowa 🙂

  • Chciałabym mieszkać w Warszawie , nie wiem w zasadzie dlaczego tak mnie ciągnie tam ze Szczecina, ale z drugiej strony nic mnie tu nie trzyma. Ogólnie wiem o czy mówisz bo mieszkałam w środku lasu , ale uczyłam się w małej miejscowości i tam mam większość rodziny, czasami boję się przejść ulicą, każdy wie o Tobie wszystko w Szczecinie tego nie ma

    • Szczecin to też bardzo ładne – i przyjazne – miasto 🙂 Ale mieszkać w środku lasu, to musi być przeżycie! Swoją drogą, jeśli będziesz chciała, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby do Warszawy się przeprowadzić, choćby na taki okres próbny 🙂

  • A ja, rodowita Warszawianka, uciekam jak najczęściej się da gdzie pieprz rośnie… dosłownie :’) Szklane wieżowce, pełne ludzi tramwaje i cały ten pośpiech przyprawia mnie niemalże o stany paniki. Staram się doceniać to, co oferuje mi miasto, lecz poza edukacją rzadko kiedy z tego tak naprawdę korzystam z tych dobrodziejstw. Kocham za to pola, lasy i otoczenie natury. Tak, wiem, że to teraz modne, ale naprawdę tak u mnie jest (i to od dawna). Z drugiej strony nie wiem, jak bym do tego podchodziła, gdybym na codzień nie żyła w mieście.

    • A ja wiem czy modne. Też lubię łąki, pola, lasy 🙂 Kontakt z naturą. Wakacje nad rzeką albo morzem. To jest wszystko super 🙂 Myślę, że musiałabyś zasmakować takiego małomiasteczkowego życia i wrosnąć w taką społeczność, żeby zobaczyć, jaka to ogromna różnica 🙂

  • Joanna Baranowska

    Mieszkam w Warszawie od urodzenia, 36 lat, ale chętnie spróbowałabym życia na pustkowiu (nie w miasteczku, tylko w domu oddalonym od innych np. o kilometr). Nie narzekam na sieć kontaktów sąsiedzkich, bardzo dużo daje też przedszkole i szkoła, poznaje się dzieci sąsiadów i samych sąsiadów. Mamy już kilka trwałych znajomości właśnie dzięki dzieciom.
    Co do samej Warszawy, uważam, że jest brzydka i wykastrowana z zieleni. Nie ma też kultury rowerowej (kierowcy mają w dupie rowerzystów). Za mało ścieżek rowerowych 🙂 Ale fajnie, że mamy Veturillo. Pozdrawiam!

  • Marta Siemaszko

    Masz rację. Miasto ma wiele zalet. Przede wszystkim tych, na które położyłaś nacisk chyba największy – większa prywatność. Gdy byłam w Twoim wieku 😉 też nie wyobrażałam sobie miasta opuścić. A dziś, nieoczekiwanie, marzy mi się jakiś mały domek na wsi i tzw. święty spokój… 🙂 Idealną opcją byłoby mieć taki domek, samochód, i ledwo 10 km do miasta 😉

    • I kto wie, może sama też będę w przyszłości tak chciała. Dlatego mądre powiedzenie mówi „nigdy nie mów nigdy” 😀

  • Ja jako dziewczynka zostałam ofukana na schodach w Wiedniu i na cale życie zapamiętałam sobie żelazną i skąd inąd sensowną zasadę schodów ruchomych!

    • I w sumie teraz nie wiem czy to bardziej źle, bo jednak musiało to być traumatyczne, skoro zapamiętałaś to sobie na zawsze, a z drugiej strony zapamiętanie sobie tego na zawsze przysłużyło się ludzkości 😀 Mimo wszystko jestem przeciwniczką ofukiwania, wolę gdy ktoś grzecznie zwróci mi uwagę i wytłumaczy 🙂

  • Też jestem typem samotnika i wiele osób nie potrafi tego zrozumieć. Nie nudzę się we własnym towarzystwie, bo zawsze znajdę zajęcie dla siebie. A co do Warszawy, cenię to miasto za pęd i oczywiście miejsca, zarówno te historyczne, kulturalne i rozrywkowe, choć te ostatnie chyba najmniej 🙂

    • Przybij piątkę, też nie wiem, co to nuda 😀 Ja też zdecydowanie stawiam kulturę ponad rozrywkę, jeśli chodzi o przestrzeń miejską, aczkolwiek mnogość multitapów (jestem fanką dobrego piwa) w Warszawie jest bardzo na plus 🙂

  • O ja! Jakbym czytała o sobie! Też nie lubię swojego małego miasteczka i jeżdżę do niego maksymalnie na dwa dni odwiedzić rodzinę i wracam do Warszawy. Nie wyobrażam sobie już mieszkać gdzie indziej. Pokochałam ją całym sercem. I podobnie jak Twój znajomy od zawsze przyjaciół miałam porozrzucanych po całej Polsce. Po przeprowadzce do Warszawy znalazłam kilku właśnie tu. W moim rodzinnym mieście było z tym ciężko i nie mogłam się doczekać kiedy się z niego wyrwę.

    A co do przyjezdnych – chciałabym, żeby przed wydaniem swojej opinii na temat stolicy zobaczyli inne części Warszawy, a nie tylko same centrum. 🙂 Nie wszędzie jest tłoczno, nie wszędzie jest głośno. Uwielbiam Warszawę za to, że jak się chce to można znaleźć tu miejsce dla siebie, zgodne z własnymi gustami. 🙂

  • Danuta Brzezińska

    Jestem rodowita poznanianką, nie zamieniłabym tego miasta na żadne inne polskie miasto.

  • To chyba dotyczy każdego dużego miasta 🙂 doskonale Cię rozumiem, też pochodzę z małej miejscowości i też wyprowadziłam się do dużego miasta. Nie wyobrażam sobie zyc inaczej!

  • A ja pochodze z malej miejscowosci i jestem z tego dumna. Kocham to miejsce i ludzi tam mieszkajacych. Los pokierowal mnie do duzego miasta – i tu tez mi sie podoba. Dostrzegam zarowno + jak i – duzych/malych miejscowisci. Odnajduje sie w obu lokalizacjach 🙂

    • Ja tego nie traktuję w ogóle w kategoriach dumy czy wstydu. Mi po prostu nie pasuje sposób życia w małych miejscowościach. Plus dla Ciebie za wszechstronność 🙂

  • Ja uważam, że każdy, kto przyjeżdża do Warszawy do pracy lub na studia, powinien chociaż spróbować zobaczyć coś więcej niż drogę z domu na uczelnię i nie opowiadał później, że Warszawa jest brzydka, nieciekawa i zakorkowana. Owszem, ma swoje wady, ale ma także zalety, które jednak ciężko jest odkryć jeśli ucieka się z niej w każdy weekend i nie ma się zamiaru zobaczyć czegokolwiek poza metrem i biurowcem, w którym się pracuje.

  • Kocham Warszawę i nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej 😉 Na początku mojej warszawskiej kariery musiałam się sporo nauczyć. Zasadę na schodach w metrze kocham i uwielbiam szczególnie w Centrum sprawdza się idealnie. U mnje na stacji na Wawrzyszewie to zawsze luzy 😀 Jeszcze nigdy nke zostałam ofukana no i nauczyłam się odmawiać szczególnie ankieterom, którzy wyciągają pieniądze. Podpisuję tylko to, z czym się utozsamiam. Mieszkanie w stolicy ma o wiele więcej plusow. Też czuję coś takiego jak brak przywiązania do rodzinnnej miejscowości. Nie lubię jej i mam związane z nią same złe wspomnienia.

    • Ankieterom, którzy wyciągają pieniądze? To chyba jacyś pseudoankieterzy :/ Jejku, nigdy się z czymś takim nie spotkałam :O

  • Byłam kilka razy w Warszawie i takiego cyrku na ulicach jak tam nie widziałam nigdzie… Wyprzedzanie na pasach wśród pieszych na drodze, ciągłe trąbienie, ściaganie się.. Masakra.. Ludzie na ulicach też ciągle gdzieś biegną..

  • Mieszkam w Warszawie od ok. 2 lat i coraz bardziej lubię to miasto, choć widzę jego przywary i wady. To o czym piszesz wzajemna życzliwość i pewność siebie bardzo się przydają. Miałam ostatnio okazję spotkać bardzo życzliwego kierowcę autobusów, który jest bardzo popularny – wita on swoich pasażerów miłymi słowami na mini transparentach – ,,miłego dnia” lub ,,uśmiechnij się” działaj magicznie i od razu, mimo trudnego dnia człowiekowi jest jakoś łatwiej.
    Co do pewności siebie, w Warszawie trza siebie doceniać i cenić, jeśli Ty widzisz wartość w sobie, inni też to dostrzegą. Bez tego będzie trudno.

    • Tak, też raz wpadłam przypadkowo do autobusu tego kierowcy 🙂 Niestety jakiś czas temu bardzo go znielubiłam, bo okazał się ksenofobem. Widać jest wybiórczy ze swoją życzliwością 😉

  • Daria

    Byłam w Warszawie, piękne miasto, ale… Mam wrażenie, że bardzo niedostosowane dla osób niepełnosprawnych, a ja taką osobą właśnie jestem 🙁 Za każdym razem, gdy tam byłam, miałam okazję nadziać się na jakieś stare, dziurawe chodniki, cholernie wysokie krawężniki… No niestety, nie mogłabym tam żyć 🙁

    Całe życie mieszkam w Gdańsku i nie wyobrażam sobie, żebym miała kiedyś nagle wyjechać na wieś. Przeraża mnie perspektywa plotek, czujnych spojrzeń etc. A co do tego, o czym pisałaś – ja mam właśnie wrażenie, że to w mniejszych miejscowościach ludzie mają problem z pomaganiem sobie, bo przecież „co ludzie powiedzą, ja się nie będę wtrącać”.

    • O tak, niby każdy pilnuje swojego nosa i się nie wtrąca, a jednak do bezczynnego plotkowania zawsze znajdą się chętni. 😉 Rozumiem Cię, sama zauważam w wielu miejscach całe mnóstwo braków, ale to pewnie tylko dlatego, że kiedyś uczęszczałam na socjologię miasta i robiłam na ten temat prezentację. Bez tego pewnie nawet bym nie zwróciła uwagi. Ale, kurczę, planiści to jednak powinni zwracać. Gdańsk to też piękne miasto, byłam tam wiele razy i myślę, że nawet mogłabym tam mieszkać… gdyby nie to, że tyle lat nie mieszkam tutaj i bardzo się przywiązałam do Warszawy. Niby to niemądre i wiem, że może coś mnie zachęci/zmusi do wyjazdu stąd, ale póki nie zmusza, to jakoś tak nie mam ochoty się stąd ruszać.

  • Bardzo fajny post! 🙂 W Warszawie byłam w sumie dwa razy i to na baaaardzo krótko, więc w sumie nie mogę powiedzieć, że coś mnie szczególnie zirytowało, a w sumie wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobało i nic mi nie przeszkadzało. Może to tylko kwestia tego, że tam nie mieszkam, a taka wizyta jednodniowa nie dała mi „szansy”, żeby się na cokolwiek denerwować. A rady, o których pisałaś, być może mi się przydadzą, jeśli moje życie zawodowe kiedyś mnie do Warszawy rzuci. 🙂 A poza tym, mimo że bardzo lubiłam wieś i nie przeszkadzały mi tamtejsze zwyczaje (może dlatego, że odwiedzałam babcię jedynie na parę dni) to anonimowość wielkich miast też lubię. 🙂 A kawy z sąsiadami też nie pijam 😀

    • Bardzo Ci dziękuję! 🙂 Wiesz co, ja wytrzymuję w moich rodzinnych stronach jakieś 3 dni. Więcej, to już za dużo, bo wtedy wzrasta prawdopodobieństwo zetknięcia się z tym, czego nie lubię. 😀 Czasem mam dosyć intensywności Warszawy i chcę gdzieś wyjechać. Jeśli wybór pada na jakieś nieznane mi (lub po prostu inne) miasto, to wszystko jest ok, relaksuję się, rzeczywiście odpoczywam. Natomiast jeśli na rodzinne miasto – zwykle wracam jeszcze bardziej zmęczona, bo z jednej irytacji wpadam w inną.