jak być dobrym warszawiakiem

Od razu przepraszam Was za ten clickbaitowy tytuł. Właściwie nie było to zamierzone, ale skoro już jest, to zobaczymy, czy rzeczywiście w ten sposób pisane teksty przekładają się na wyższe statystyki. 😉 Tytuł ten mogłabym uzupełnić, by brzmiał tak: „chcesz mieszkać w Warszawie, ale nie chcesz stać się wyzutą z uczuć świnią, ani pognębioną ofiarą?”. Prawda jest taka, że kocham to miasto, naprawdę. Myśl o wyprowadzeniu się z niego wywołuje we mnie strasznie negatywne emocje. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że mieszkanie tutaj nie jest łatwe. Ale czy życie gdziekolwiek jest łatwe?

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, czyli życie w małej miejscowości

Może zaczniemy od małego osobistego wprowadzenia. Będzie wprost. Jestem z małego miasteczka, którego nie lubię. Byłoby mi bardzo przykro, gdybym z jakiegoś powodu musiała tam wrócić. Tam mieszkałam 9 lat, w Warszawie mieszkam już 17. Jestem tak przyzwyczajona do tego, czym rządzi się wielkie miasto, że powrót do takiego małego straszliwie mnie irytuje. Naprawdę nie chciałabym tym wyznaniem obrazić mieszkańców małych miasteczek czy wsi, bo wiem, że ludzie są różni. Przykładem zachowania, którego nie cierpię jest np. zaglądanie mi twarz albo nawet do samochodu. Kolejna rzecz, która mnie irytuje, to fakt, że tam wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Podejrzewam, że wynika to z nudy, bo ostatecznie tam nic się nie dzieje, ale jakoś nie potrafię tego usprawiedliwić. Ktoś mi teraz mógłby powiedzieć, że to jest zainteresowanie, że jak się coś złego stanie, to ludzie pomogą… Ale, czy na pewno?

Czy wspólne kawki są gwarancją pomocy w potrzebie?

Mówi się, że w wielkim mieście ludzie nie interesują się innymi ludźmi, sąsiadami na przykład. I że to jest niedobre, bo – socjologicznie rzecz ujmując – mamy rozpad więzi międzyludzkich, stowarzyszeń, odpowiedzialności za wspólne dobro (mało ludzi na zebraniach wspólnot) i generalnie kapitał społeczny się wali. Jednak czy naprawdę to, że nie chodzę na herbatkę do mojej sąsiadki, oznacza, że nie pomogę jej, gdy mnie o pomoc poprosi? Czy to, że nie znam swoich sąsiadów oznacza, że nie zadzwonię na straż pożarną, gdy w którymś mieszkaniu albo na podwórku będzie czuć lub widać pożar? Czy to że olewam ulotki oznacza, że nie zadzwonię po karetkę, gdy będę świadkiem wypadku?

jak być dobrym warszawiakiem

I na odwrót. Czy chodzenie do sąsiadki na ploty sprawi, że będę skłonna jej pomóc? Czy na pewno zawsze będę się cieszyć jej szczęściem? A może właśnie będę jej zazdrościć i złorzeczyć. Może obmówię ją z inną sąsiadką. Kto powiedział, że te wspaniałe relacje sąsiedzkie w małych miejscowościach są szczere?

Anonimowość i maski

Dlatego właśnie wybieram Warszawę. Choćby była miastem nie wiem jak zblazowanym i anonimowym. Ja tę anonimowość lubię. Lubię to, że idąc ulicą, nie muszę pilnować, czy przypadkiem nie mijam znajomej osoby, czy przypadkiem nie zostanie to uznane za brak kultury z mojej strony. Tak, kochani. W Warszawie ktoś pomyśli co najwyżej „no nie zauważyła mnie, trudno”. W mojej małej miejscowości słyszałam oczywiście drogą poczty pantoflowej, że jestem nieuprzejma, bo nie witam ludzi na ulicy. Ja się naprawdę nie zajmuję specjalnym unikaniem ludzi. Nie zajmuję się też zaglądaniem im w twarz i sprawdzaniem, czy to na pewno nie koleżanka koleżanki siostry mojej babci, czy też stara znajoma mamy z czasów, gdy ja miałam 5 lat.

Oczywiście nie uważam Warszawy za miasto ludzi, którzy są otwarci i uczciwi, bo wiadomo, że z ludźmi różnie bywa i w zasadzie wszyscy zakładamy jakieś maski. Co prawda wolę maskę uprzejmości i życzliwości spotykaną na przykład na ulicach Londynu od maski wielkopańskiej i zblazowanej, którą z kolei często widuję tutaj (być może sama ją mimowolnie przybieram, kto wie). Ostatecznie jednak gdzieś żyć trzeba.

Jeśli wpadłeś między wrony… A co, jeśli nie chcę krakać?

A tam gdzie jest większa różnorodność ludzi, gdzie ludzie generalnie bardziej mogą sobie na nią pozwolić, jest większa szansa na znalezienie takich, którzy nam będą odpowiadać. Ja do mojej małej miejscowości nie pasuję, więc tam byłoby mi o to bardzo trudno. Zdarzyło mi się o tym rozmawiać z pewnym znajomym (którego tożsamości dla jego dobra w żaden sposób tutaj nie zdradzę), którego przypadkowo spotkałam w autobusie, a który też jest raczej z tych, co tam nie pasują. Pytałam go, jak on to znosi. Powiedział, że podróżuje. I że ma świetnych znajomych, którzy go odwiedzają. Mnie to przeraża. Kolejny powód, dla którego lubię Warszawę. No dobra, przejdźmy do tego, o czym w zasadzie miał być tekst.

jak być dobrym warszawiakiem

Czego musisz się nauczyć, jeśli chcesz mieszkać w Warszawie i przeżyć?

Uprzejmej asertywności

Wszystko to, co opiszę poniżej moim zdaniem w tym sformułowaniu się zawiera. A więc co się na tę uprzejmą asertywność składa?

#1 Odmawianie

Niektórzy nazywają to zblazowaniem, ale mi to słowo kojarzy się zbytnio pejoratywnie. Chodzi o to, że jeżeli nie masz doby dłuższej niż 24 godziny, ani portfela zasobnego w miliony, to musisz nauczyć się ludziom odmawiać. W Warszawie jest mnóstwo ludzi, którzy będą Cię zaczepiać, prosić o pieniądze albo o wsparcie ich akcji, podpisanie czegoś tam itd. Zalecam wstrzemięźliwość. Nie chodzi o to, że jestem przeciwna pomaganiu ludziom w potrzebie, wręcz przeciwnie. Jednak życie nauczyło mnie, że ludzie często chcą mnie oszukać. Jeżeli ktoś prosi mnie o to, bym kupiła mu jedzenie, a niedaleko jest sklep – nie robię problemu. Jeżeli z kolei prosi mnie o pieniądze – odmawiam. Pieniądze wpłacam na konta fundacji, którym bardziej ufam niż losowym ludziom na ulicy. I nie oszukujmy się, nikt nie ma tyle pieniędzy, żeby wesprzeć wszystkich.

jak być dobrym warszawiakiem

Jeśli chodzi o akcje i podpisy – nie daj się wciągnąć. Podpisuj tylko to, co naprawdę jest dla Ciebie ważne i co uważasz za słuszne. Jeśli widzę, że próbuje mnie złapać ktoś, z kim poglądowo się nie zgadzam albo wiem, że będzie chciał ode mnie jakiejś obietnicy comiesięcznego przelewania kasy na jakiś cel, to uciekam. Skąd ja mam, u licha, wiedzieć, co będzie za miesiąc? Uprzejmie dziękuję również za ulotki. Wiem, że to praca, ale moim zdaniem to jest marnowanie papieru.

#2 Pewność siebie

Kolejna kwestia to taka trochę umiejętność walczenia o swoje. W nas, Polakach, ciągle siedzi taka trochę mentalność ofiary. Zawsze nas ktoś krzywdził. A do tego potem w PRL-u trzeba było siedzieć cicho i się nie wychylać, bo jeszcze ktoś nam coś tam zabierze albo na coś nie pozwoli. Mnie też starsze pokolenie w mojej rodzinie usilnie próbowało na pokorną dziewczynkę przerobić, więc walka z tym wpojonym poczuciem nieco mi zajęła. Na szczęście pomogła mi w tym mama, która zawsze walczyła o moje dobro, gdy coś mi przysługiwało, czy miałam rację, ale z jakiegoś powodu, ktoś mi tego odmawiał. W tej chwili jestem przekonana, że w przestrzeni publicznej w Warszawie nie ma miejsca na pokorę. Jeśli jesteś zbyt pokorny/pokorna, to reszta ludzi Cię zgniata. I tyle. Możesz się irytować, możesz się fochać albo się wyprowadzić. Albo możesz to zaakceptować.

Ciągle nie umiem zwrócić uwagi rozwalonemu na dwa miejsca facetowi w metrze, ale przynajmniej już się nie kulę, żeby tylko przypadkiem komuś nie przeszkadzać. To ja tak na wszelki wypadek zajmę jak najmniej miejsca w kąciku. Już nie. Wszyscy tak samo mamy prawo jechać autobusem (o ile mamy bilet), wszyscy mamy prawo gdzieś przebywać czy w spokoju spakować zakupy. Ja przestałam schodzić ludziom z drogi. Polecam. Uczą się wtedy mówić „przepraszam” albo trzymać się swojej prawej strony.

#3 Zwyczajna życzliwość i wyrozumiałość

Odwróćmy teraz sytuację. Wyobraźmy sobie, że Ty się spieszysz, a ta wredna baba idzie jak wół środkiem chodnika. Masz kilka opcji – ominąć ją np. trawnikiem, powiedzieć „przepraszam” albo wnerwiać się i iść za nią. Co wybierzesz?

Wiecie gdzie i na podstawie czego w Warszawie najłatwiej poznać przyjezdnych? Na schodach w metrze centrum. 🙂 W Warszawie panuje zasada stawania po prawej stronie, by lewą mogli przejść ludzie, którzy się spieszą. Jest to chyba największy przejaw uprzejmości Warszawiaków, której im się generalnie odmawia, bo w komunikacji miejskiej to przecież dzicz i wyścig po miejsca. Nie mówię, że nie, czasem jest dzicz i taka niesubordynacja, że Niemiec by chyba zemdlał. Tyle stereotypów w jednym akapicie to jeszcze chyba u mnie nigdy nie było. 😀 Mam nadzieję, że wybaczycie mi to i potraktujecie z przymrużeniem oka.

jak być dobrym warszawiakiem

Wracając jednak do tych schodów w metrze. Muszę przyznać, że na początku potwornie mnie to irytowało. Ja tu chcę przejść, a oni mi drogę torują! Teraz jednak myślę sobie po prostu, że oni najzwyczajniej w świecie nie wiedzą. Znowu, mam dwa wyjścia: mogę po prostu stanąć za nimi albo im wytłumaczyć, że mamy tu taką fajną zasadę i że miło by było, gdyby ją już następnym razem uszanowali. Czasami naprawdę ludzie mają powód do tego, żeby się spieszyć i miło, jeśli mają taką furtkę. Tak właściwie to ja polecam wchodzenie po zwykłych schodach, ale przy wyjściu z metra centrum niestety ich nie ma. 🙂

Nie rób też jeszcze jednej rzeczy: nie fukaj, nie chrząkaj, nie wzdychaj. Sama wiem, jak irytujące jest takie fukanie, bo nie raz mi się zdarzyło zostać ofukaną. Spróbuj wejść w skórę tej osoby. To jest zupełne przeciwieństwo zblazowania. Prościej jest oczywiście pomyśleć stereotypowo i sobie kogoś bez zastanowienia ofukać, ale na pewno nie lepiej. Nie dość, że sami dodatkowo się tym fukaniem nakręcamy, to jeszcze psujemy temu komuś dzień. Nigdy nie wiadomo, jak długo ten ofukany będzie się zastanawiał, co zrobił temu fukającemu. Ja to zwykle przeżywam, bo staram się nie utrudniać ludziom życia, a założę się, że nie jestem jedyna. Dlatego lepiej w takie sytuacji się powstrzymać.

Podejrzewam, że starsze osoby nie czytają mojego bloga, ale gdyby jednak… Byłoby również niezmierni miło, gdyby starsze panie (z jakiegoś powodu na tak zachowującego się pana nigdy nie trafiłam) zwyczajnie prosiły młode dziewczyny o ustąpienie miejsca zamiast na nie chrząkać i psioczyć, że „udają”, że czytają, czy „udają”, że patrzą przez okno. A jeszcze milej by było, gdyby prosiły chłopców. Chłopcy są fizycznie silniejsi. Albo chociaż sprawiedliwie, raz chłopaka, raz dziewczynę. Byleby tylko nie chrząkać. Taki tam mały apel a propos proszenia zamiast wymagania, że ktoś się domyśli.


P.S. Według wszelkiego prawdopodobieństwa dzisiaj powinny być znaleziska miesiąca. Jednak moje życie osobiste jest ostatnio tak intensywne (do tego mało przyjemnie i bardzo rozpraszająco), że nie nadrobiłam jeszcze blogowych zaległości, a nie chcę dawać wersji okrojonej. Pozytywne nastawienie pomaga mi psychicznie uporać się z nagromadzonymi problemami, ale niekoniecznie wrócić na ścieżkę (marna kalka językowa) i na nowo się zorganizować. Postaram się jednak nadrobić i nie pominąć tego wpisu. Trzymajcie kciuki!


Warszawiacy i Warszawianki, a może Wy macie jeszcze jakieś podpowiedzi dla przyjezdnych? Nie-warszawiacy, z czym Wam się Warszawa kojarzy? Lubicie ją?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. 25 lekcji z 25 lat życia
  2. Co robić w Warszawie w wakacje?
  3. 13 rzeczy, których nauczyła mnie Mama
  4. Nie rób z siebie męczennika | 52 Tygodnie Pozytywności
  5. De gustibus non est disputandum | 52 Tygodnie Pozytywności