droga do asertywności

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Mam całkowicie niepozytywny miesiąc. Trochę mi było wstyd, jak sobie to uświadomiłam, że na bez przerwy klnę na czym świat stoi i/lub ryczę jak bóbr, bo przecież ja chcę promować pozytywne życie! Jednak później przypomniałam sobie, że najbardziej pozytywne jest przecież danie sobie swobody, przestrzeni na te wszystkie emocje. Czasem trzeba żeby się ulało, bo można sobie wtedy uświadomić wiele ważnych rzeczy. Nie chcę być radosna na siłę czy na pokaz, ani niczego przed sobą samą udawać. Ani też nie chcę przed nikim zgrywać siłaczki, bo to już jest całkiem głupie.

Zatem powiadam Wam: marzec 2018 był najgorszym miesiącem mojego życia. Za wyjątkiem paru przeciwwag, które usiłowałam wyszarpać, żeby nie było tak źle. Myślę, że nawet zdołam napisać ulubieńców, mimo wszystko. Nie było w tym miesiącu żadnej wielkiej tragedii. Gdyby taka była, to na pewno nie dałabym rady pisać bloga. Ale śmierci były całe dwie, w tym mojego kotka i pewnej starszej osoby, z którą nie zdążyłam się pogodzić. Ostatnio sporo jest śmierci w moim życiu i pewnie dlatego o niej pisałam w 52 Tygodniach. Mam też problemy zdrowotne oraz osobiste (oględnie mówiąc: sporo zamartwiania się). Od początku roku moja równowaga jest dość mocno zaburzona, co objawia się podenerwowaniem i tym, że (przypadkowo) stłukłam przynajmniej kilka naczyń. Dlatego kwiecień chcę przeznaczyć na odbudowanie jej. Moja walka o asertywność też daje mi się we znaki, od samego początku roku, ale w tym miesiącu chyba była jakaś kulminacja.

Wiecie, co jest największym kłopotem, gdy człowiek usiłuje stać się bardziej asertywny i poważnie podchodzi do tego tematu?

Jad innych ludzi, którym się wydawało, że będziesz na ich wezwanie już zawsze.

Przez to, że ja naprawdę bardzo chcę wierzyć w innych ludzi oraz w ludzkość w ogólności, jest mi bardzo ciężko pogodzić się z tym, że niektórzy ludzie po prostu nie chcą mnie rozumieć (czy też innych) oraz mają swoją teorię na temat tego, jak powinno wyglądać moje życie, ewentualnie jaki powinien być mój udział w ich życiu. Postanowili sobie i koniec. Że ja będę taka i taka, będę poświęcać im tyle a tyle czasu, wtedy i wtedy, na takich a takich warunkach.

No więc nie.

droga do asertywnościI po takim „nie” następuje zwykle przeogromna fala agresji, wylewanej na mnie frustracji czy też zawiści (trudno mi to określić). Nie wiem, czy ktoś z Was również przechodził ten proces, ale jeśli tak, to z pewnością wie, o czym mówię.

Podejście I: Próba zrozumienia, co siedzi w cudzej głowie

Zawsze w takich sytuacjach staram się zrozumieć, co też może się dziać w głowie takiego człowieka, że opluwa mnie całym nagromadzonym jadem, bo… nie spełniam jego oczekiwań. Czy ja w ten sposób robię coś złego? Ja nawet rozważałam tę możliwość, wiecie? W zasadzie to zawsze ją rozważam, bo jej nie wykluczam. Czy ja tej osobie naprawdę zrobiłam coś złego. Pytam męża. Pytam przyjaciółkę. Pytam mamę. Odpowiedź zwykle brzmi „nie” oraz że jestem dla ludzi za dobra. I ja myślę, że ci ludzie do tego się przyzwyczaili i dlatego mają taki problem z tym, żeby przyjąć nową mnie. Taką mnie, która nie chce więcej dawać się wykorzystywać i zmanipulowywać, bo bez sensu im ufałam. Że bez sensu ufałam im, że chcą dla mnie dobrze. I nie chodzi właśnie o taki egoistyczny kierunek, że chciałabym, żeby ludzie zawsze o mnie myśleli, zawsze mi pomagali itd., tylko o taki zwyczajny szacunek.

Czasami wydaje mi się, że jestem jakąś kosmitką z tym całym szacunkiem

I z tym, że jest on dla mnie czymś oczywistym. Że uważam, że powinno się szanować cudzy czas, cudze decyzje itd. Że to jest najwyższa manifestacja wolności, która z kolei jest najwyższym naszym przywilejem. Większość ludzi zdaje się nie pojmować takiego konceptu wolności i szacunku albo pojmuje je jakoś pokracznie. Wedle tego, co im akurat pasuje i co się zgadza z ich poglądami. Patrz ostatnie wydarzenia w sprawie aborcji i przymusu donoszenia uszkodzonych płodów. Dlaczego ktoś w ogóle chce ludziom narzucać co mają robić w tak trudnej sytuacji ze względu na przesłanki związane z religią, która obowiązuje jedynie jej wyznawców? Zostawię Wam to do przemyśleń, bo, prawdę mówiąc, nie mam na ten temat nic więcej do powiedzenia.

droga do asertywności

Podejście II: Zauważenie problemów na drodze do asertywności i próba ich rozwiązania

Ja ogólnie uważam, że to jest naprawdę problematyczne, taka wewnętrzna przemiana/przejście w kierunku asertywności. Łatwo jest popaść ze skrajności w skrajność, to bardzo ludzkie. Skrajności są proste, dlatego wpadamy w ich pułapkę raz za razem. Dlatego bardzo pilnuję się tego, żeby z grzecznej, ułożonej dziewczynki, która na wszystko się zgadza, nie przeistoczyć się w chamską małpę, która jest egoistką i w ogóle nikomu i nigdy nie chce pomagać. Już podczas tych pierwszych 3 miesięcy stawiania granic, spotkało mnie 5 problemów/wyzwań, o których chcę Wam teraz powiedzieć. Pod każdym problemem znajdziecie moje sposoby na poradzenie sobie z nim – być może komuś się przydadzą.

#1 Problem poczucia winy

Jak to często bywa, najtrudniej jest pokonać samego siebie. Czy też samą siebie. 🙂 Ja zmagam się z problemem poczucia winy przez całe swoje życie. Nie mam pojęcia, skąd mi się to w ogóle wzięło, bo nie pamiętam, żeby mama mi je w jakikolwiek sposób zaszczepiała. Zwykle, gdy coś zrobiłam źle, raczej mówiła, że nic się nie stało i zwracała uwagę, żebym naprawiła swój błąd oraz go nie powtarzała. Widocznie coś innego musiało na to wpłynąć. Do tej pory było tak, że gdy ktoś mnie o coś prosił, to moją pierwszą myślą było „ok”, a potem frustrowałam się, że tyle wzięłam na swoje barki. Swoją drogą, najbardziej napięte w moim ciele są właśnie barki i ramiona. Przypadek? 🙂

droga do asertywności

W tej chwili doszłam do etapu, że jeszcze czasami po prostu myślę „ok” i mówię „ok”. Jednak w większości sytuacji dokładnie rozważam, czy mogę poświęcić swój czas czy inne zasoby, żeby danej osobie pomóc, czy w ogóle potrafiłabym jej pomóc. Może jest ktoś bardziej odpowiedni w tej sprawie i mogę go polecić? Wiem doskonale, że muszę przestać myśleć, że jestem jedyną osobą, która może wszystkich uratować i powoli ku temu zmierzam. Wiem również doskonale, że z boku wygląda to idiotycznie: co ona, kim ona jest, że myśli w ten sposób o sobie. 🙂 Ale to głównie ta myśl wywołuje we mnie autorespondera „ok, pomogę ci” albo poczucie winy, jeśli nie pomogę.

Sposób na rozwiązanie?

Uświadomić sobie, że nie jest się zbawcą ludzkości i nie da się uratować wszystkich. Następnie powtarzać to sobie za każdym razem, gdy pojawia się poczucie winy. W sytuacjach, gdy widzisz, że ktoś Cię po prostu wykorzystuje i na tym cierpisz, taka myśl może skutecznie odwieść Cię od autodestrukcyjnego poglądu, że wszystkim wszystko się należy, tylko nie Tobie. Przypomnij sobie, że jesteś wartościowym człowiekiem i zasługujesz na szczęście, jak każdy. Już samo to, że naprawdę masz w sobie ten altruizm, świadczy o Tobie wspaniale. Pamiętaj tylko, żeby nie przejął nad Tobą władzy. Grunt to równowaga, naprawdę.

#2 Problem z moją własną frustracją, dysonansem itd.

Chyba każda tego typu droga ku jakiejkolwiek przemianie jest wyboista. Są sytuacje, gdy człowiek chce się poddać, bo zaczyna sobie rozliczać, ile nerwów kosztuje go ta cała zmiana – szczególnie, jeśli zaangażowani są w nią inni ludzie, a tak siłą rzeczy jest w przypadku asertywności. Ostatnio właśnie tak sobie pomyślałam, że może trzeba było położyć uszy po sobie i znosić małe upokorzenia ze strony pewnej osoby raz na jakiś czas niż armagedon i wszystkie plagi egipskie w jednym raz w roku.

Mam też dysonans między tym, co chciałabym czuć, a co czuję. Nikt nie lubi czuć frustracji. Po takim armagedonie naprawdę budzi się we mnie agresja, mimo że bardzo nie chciałabym, żeby tak było i bezsilność, że nie mogę nic zrobić. Albo w tej bezsilności i braku możliwości dotarcia do danej osoby sensownymi argumentami, mam ochotę po prostu się odcinać w sposób, który uważam za poniżej mojej godności (i nie chodzi mi o przekleństwa;)).

Sposób na rozwiązanie?

Po pierwsze, cały czas myślę, że jeszcze będzie dobrze, że jeszcze będę miała z tej przemiany korzyści. Po drugie, trzymam się tego, co podobno powiedział Mark Twain: Nigdy nie dyskutuj z idiotą. Najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a następnie pokona doświadczeniem”. Pomna temu, ale jednak wściekła, ostatnio napisałam bardzo wściekły liścik, który swoje odleżał, a następnie został podarty. No bo co by to dało, gdybym go wysłała? Nic. A emocje znalazły ujście i żadna osoba na tym nie ucierpiała. 🙂

droga do asertywności

#3 Problem z ludźmi, którzy umniejszają Twoje zasługi i Twoją wartość

Im dalej w asertywny las, tym bardziej ludzie umniejszają moje dawne zasługi. Dawne, w sensie z czasów, gdy wolałam kłaść uszy po sobie i ratować świat. Teraz jak o tym myślę, to ja wcale tego świata nie ratowałam, tylko go psułam, bo ludziom zaczęło się wydawać, że jestem dziewczynką na posyłki i po prostu można mnie tak traktować (i w ogóle, że ludzi tak można traktować). I tu znów mam problem z wiarą w ludzi, bo nie mogę wprost uwierzyć, że ktoś może a) mieć takie zaćmienia umysłu lub b) z premedytacją opowiadać bzdury. O co konkretnie chodzi? Ano na przykład usłyszałam, że komuś nigdy nie pomogłam, podczas gdy faktem jest, że pomogłam nie raz i nie raz pomoc proponowałam. W takich sytuacjach nie wiem czy się śmiać czy płakać.

Na drodze do asertywności zaczęłam też zauważać, jak ludzie dają do zrozumienia, że inni robią zbyt mało, by uznać ich za wartościowych. To jest naprawdę przerażające. Ktoś po prostu chce najpierw zająć się swoim życiem i swoimi problemami, ale nie może, bo ktoś inny powie, że jest złą córką, złą matką, złą siostrzenicą, złą siostrą, whatever, męskie rzeczowniki też tu można wstawić. Nie rozumiem tego, nie wiem, gdzie upatrywać podłoża takich zachowań, ale nie to powinno mnie i Ciebie zajmować. Powinno nas zajmować to, jak sobie z tym emocjonalnie poradzić.

Sposoby na rozwiązanie?

Opcje są różne. Można całkowicie zignorować fakt istnienia takiej osoby lub usiąść i przypomnieć sobie, co się dla takiej osoby zrobiło, a następnie jej wyliczyć i powiedzieć, że sobie nie życzysz, żeby ktoś opowiadał o Tobie takie kłamstwa. Można też obśmiać albo życzliwie się uśmiechnąć i powiedzieć „Doprawdy? Nie wiedziałam, że dwie osoby mogą mieć tak różny obraz rzeczywistości”. Można poprosić tę osobę o przysługę i sprawdzić, czy ją spełni (doskonały test na egoistę).

#4 Problem z manipulantami

Przychodzisz do takiego, ufasz, wydaje ci się, że on cię rozumie, a tu jajo. Później okazuje się, że różne osoby wiedzą o Twoich kłopotach – i to w jakiejś przekręconej wersji. Lawirują, kombinują, nie mówią wprost, więc teoretycznie nie można się nich przyczepić. Później zaczynasz stawiać granice, zauważać, że wcale nie musisz na wszystko się zgadzać (np. na częste odwiedziny i wysłuchiwanie ocen na temat innych), a wtedy nagle zaczynają się złośliwości, docinki, chłód czy wręcz wrogość. Jednak oczekiwania w Twoją stronę nie ustają. To jest chyba tak naprawdę najmniejszy problem ze wszystkich, bo te manipulacje są zwykle nieumiejętne – bo manipulantowi wydaje się, że jest taki sprytny i nikt go nie rozgryzie. A jednak. Jest to kłopotliwe, ale gdy już rozgryziesz manipulanta, to rozwiązanie jest całkiem proste.

Sposób na rozwiązanie?

Nie wchodzić w gierki i odpowiadać wprost. W razie czego mówić, że się nie rozumie (zwłaszcza wtedy, gdy doskonale się rozumie) i prosić o doprecyzowanie, aż dana osoba powie, co tak naprawdę miała na myśli lub się wycofa.

#5 Problem z frustratami, którzy wylewają na Ciebie swój jad

O tym w pewnym sensie napisałam w akapicie o mojej frustracji. Ten armagedon, o którym pisałam, nie występuje przecież bez przyczyny. Jeśli ktoś czerpie satysfakcję z pastwienia się nad innymi ludźmi, sypania soli na ich rany i celowania tam, gdzie boli najbardziej, to musi być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Powiedziałabym nawet, że można takiej osobie współczuć. Swoją drogą, to przykre nie mieć nic innego do roboty poza wyszukiwaniem czułych punktów innych ludzi po to, żeby ich później zranić, nie sądzicie? Myślę, że to w ogromnej mierze wynika właśnie z permanentnej frustracji spowodowanej jakimś niespełnieniem czy nieszczęściem oraz zawiści wobec ludzi szczęśliwych, którzy swojego szczęścia nie ukrywają.

Sposób na rozwiązanie?

Olać i ucieszyć się, że nie jest się taką osobą.  Można się też serdecznie uśmiechnąć i pokonać złośliwca życzliwością – ale to wymaga już ogromnej dojrzałości emocjonalnej, ja w tym zakresie dopiero raczkuję.

A jakie kłopoty Wy zauważacie na drodze do asertywności? Macie jakieś sposoby, jak je rozwiązać?

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Moja prawda jest bardziej mojsza niż twojsza!
  2. Szacunek i tolerancja, czyli podstawa wszelkich relacji | 52 Tygodnie Pozytywności
  3. Jak zrozumieć konflikt? | Koło konfliktu Moore’a
  4. Pozwól sobie na niewesołe emocje | 52 Tygodnie Pozytywności
  5. Jak sobie radzić z negatywnymi ludźmi?