brak kontroli nad własnym życiem

Jestem typem człowieka, który bardzo lubi kontrolę. Nie tylko nad sobą, ale niestety też nad innymi. No cóż, nobody’s perfect. Uwielbiam planować, wymagam od swojego męża, że będzie mnie zawczasu informował o swoich planach, nie znoszę, gdy ktoś się spóźnia lub odwołuje spotkania (mimo że wiem, że ludziom czasem coś „wypada”). Może to wszystko sprawia, że jestem zupełnie niespontaniczna, ale mam poczucie, że i tak przeżywam więcej, niż wtedy, gdy tyle nie planowałam. Niemniej, wiem doskonale, że nie mogę mieć nad wszystkim kontroli.

Zaakceptowanie tego faktu, to jeden z najważniejszych kroków do pozytywnego życia. W ogóle pogodzenie się ze sprawami nieuniknionymi. Może wbrew pozorom właśnie to daje największą wolność – wolność od oczekiwań? Bardzo to buddyjskie i bardzo mi z tym myśleniem po drodze, bo sama chciałabym się wyzbyć tych oczekiwań i dawać się zaskoczyć raczej pozytywnie niż negatywnie… Ale po kolei.

Niechciane rzeczy po prostu się zdarzają

Przede wszystkim należy sobie uświadomić, że pewne rzeczy zdarzą się nam na sto procent i istnieje duże prawdopodobieństwo, że część rzeczy, których nie chcemy, także się nam przydarzy. Na sto procent wiemy, że umrzemy. Nie wiemy tylko kiedy. Śmierć jest sprawą, która dotyka nas wszystkich – dlatego, że sami umieramy i dlatego, że umierają nasi bliscy – a jednocześnie to jest tak bardzo tabu. Zupełnie niepotrzebnie. Moje podejście do śmierci nie jest oznaką wyprucia z emocji, wręcz przeciwnie – do tej pory każdy przypadek śmieci osoby, którą znałam, wywołała we mnie wstrząs. To zawsze jest wstrząs, mimo że wiemy, że prędzej czy później coś takiego nastąpi. Swojej śmierci jakoś się nie boję i myślenie o niej jest dla mnie neutralne. Wychodzę z założenia, że jak umrę, to umrę i nie będzie to miało dla mnie znaczenia, bo, no cóż, nie będzie mnie już na tym świecie.

brak kontroli nad własnym życiem

A co niechcianego poza tym może nam się w życiu przydarzyć? Wszystko. Możemy stracić przyjaciela albo partnera, mimo że troszczyliśmy się o tę relację. Możemy zatruć się alkoholem, mimo że zawsze nam się wydawało, że znamy swoje limity. Możemy złapać gumę albo wpaść w poślizg, mimo bycia ostrożnym kierowcą. Możemy się spóźnić na egzamin albo na ważną rozmowę, potknąć się na scenie, zjeść robaka z czereśni, zapomnieć o wyjęciu prania z pralki, zachorować – mimo zdrowego stylu życia, złamać paznokieć albo zadrzeć rajstopy przed rozmową o pracę, zgubić klucze od domu, zapomnieć o wizycie u lekarza, spóźnić się na samolot lub pociąg, stracić pracę, stracić godzinę w korku i stracić twarz.

Jest jednak coś, na co masz wpływ

Druga sprawa to podejście do tych nieuniknionych rzeczy. Zaakceptowanie, że nie mamy nad nimi kontroli, jest jak zrzucenie kamienia z serca. Jest jednak coś, na co mamy wpływ – nasze reakcje i nasze emocje. Nie chodzi o to, by zaprogramować się – jak robota – na unikanie niechcianych emocji czy reakcji. Tego absolutnie nie chcemy. Rzecz w tym, żeby zauważać w ogóle, jakie mamy emocje i zastanawiać się dlaczego je mamy. Dlaczego się zdenerwowałam? Dlaczego tak mi przykro? Nie chodzi o budowanie na sobie pancerza, ale o przyjęcie swoich emocji, zaakceptowanie ich i pozwolenie im odpłynąć. Brzmi jakoś szamańsko? Wcale takie nie jest. 🙂

brak kontroli nad własnym życiem

Wyobraź sobie, że jedziesz samochodem i jesteś spóźniony/spóźniona. Wściekasz się, bo nie masz na to wpływu. No właśnie. Nikt z nas nie lubi bezsilności – wystarczy to zaakceptować. Uświadamiasz sobie wtedy, że przecież nie wyczarujesz skrzydełek dla swojego samochodu i po prostu musisz poczekać. Korek nie będzie trwał wiecznie. Mało tego, możesz z tej sytuacji wyciągnąć lekcję, żeby np. o danej godzinie wybrać inny środek transportu albo wyjść z domu wcześniej. I to jest właśnie praktyka tej szamańskiej teorii. 😉 Jeśli się potkniesz, to możesz się z tego śmiać. Zawsze masz do wyboru inną drogę niż frustracja.

Fake it till you make it

Zawsze jest jeszcze taka opcja: jeśli chcesz być jakiś/jakaś, to udawaj, że taki/taka jesteś. Ja czasem pamiętam, żeby udawać, że jestem pewna siebie. 😉 Nie polecam udawania, że się jest bogatym, bo tym można srogo się rozczarować. 😉 Możemy jednak z całą pewnością zacząć udawać, że jesteśmy tak oświeceni, że możemy przejść nad przykrymi dla nas sytuacjami i związanymi emocjami do porządku dziennego. I udawać to tak długo, aż rzeczywiście tego się nauczymy.

Bonus: socjologicznie o kontroli

Tak się składa, że jeśli jesteś człowiekiem, to z całą pewnością należysz do jakiejś sieci powiązań. Masz jakieś role, które pełnisz na co dzień, jakieś zobowiązania wobec innych. No właśnie. Zatem nawet pomijając pewną losowość zdarzeń, możesz z całą pewnością stwierdzić, że nie masz stuprocentowej kontroli nad swoim życiem. W pewnej mierze Twoim życiem kierują zobowiązania, które masz wobec innych – np. swojej rodziny, pracodawcy czy państwa. Ludzie będą sprawdzać, czy się z tych zobowiązań wywiązujesz – nazywa się to zjawisko… kontrolą społeczną. Czasem jest to ok – gdy np. ktoś Ci zwróci uwagę, że nie sprzątasz po swoim psie. A innym razem jest to idiotyczne – gdy np. ktoś zwraca Ci uwagę, że niewłaściwie przechodzisz swoją żałobę.

Decyzje są Twoje

Mam jednak dla Ciebie dobrą wiadomość – o tych zobowiązaniach, to akurat Ty decydujesz. Możesz postanowić, że nie chcesz mieć rodziny. Możesz postanowić, że nie chcesz pracować – albo ściślej, u kogoś. Możesz też powiedzieć osobie, która wtrąca się w Twoje życie, żeby spadała. Jednak faktem pozostaje, że rezygnując z różnych zobowiązań, ponosisz tego konsekwencje. Np. jeśli nie masz rodziny, to rezygnujesz z pewnych radości, które ona przynosi. Jeśli nie masz pracy, to nie masz pieniędzy, jeśli pracujesz na swoim, nie masz pewności, że nie zbankrutujesz. A jak powiesz komuś, żeby spadał, to zapewne „spadnie”, ale czy w przypadku osoby, która nie jest wobec Ciebie w porządku, to problem? No właśnie. 😉

brak kontroli nad własnym życiem

Wniosek?

Możesz mieć poczucie kontroli wynikające z tego, że jesteś całkowitym nonkonformistą. Tylko czy rzeczywiście to poczucie kontroli przyniesie Ci szczęście? Wydaje mi się, że przeceniamy tego rodzaju wolność. Oczywiście, mogę mówić tylko za siebie, ale w moim odczuciu kontrola wcale nie równa się szczęściu. A przecież tego wszyscy chcemy – szczęścia. Coraz bardziej przekonuję się, że kluczem do niego jest życie w zgodzie ze sobą, a temu bardzo pomagają zdrowa asertywność i zdrowy egoizm. A kontrola? Wcale niekoniecznie.

Obserwuj mnie na Facebooku, Instagramie i Bloglovin. 🙂

Co jeszcze może Cię zainteresować:

  1. Zacznij TERAZ czy wrzuć na luz?
  2. Pokonać marazm
  3. 25 lekcji z 25 lat życia
  4. Nie marnuj dnia, nie marnuj życia… Ale co to właściwie znaczy?
  5. Potęga wytrwania w decyzji, czyli postanów coś sobie | 52 Tygodnie Pozytywności